Mariusz Grabowski o polityce dzietności Chin

Mariusz Grabowski o polityce dzietności Chin

Mariusz Grabowski, Chińczycy mogą mieć więcej dzieci. Ale czy tego chcą?”, w PolskaTimes.pl 18.06.2021 r. 

Mariusz Grabowski w artykule dla PolskaTimes.pl opisuje problemy demograficzne związane z funkcjonującą na terenie Chin polityką jednego dziecka. Przedstawia skalę problemu, odnosząc się m.in. do wyników spisu powszechnego wykonanego w 2020 roku, w którym to odnotowano najwolniejsze tempo wzrostu ludności od początku prowadzenia statystyk w latach 50. XX wieku.

W pierwszej części artykułu autor skupia się na opisie zaproponowanego przez Komunistyczną Partię Chin rozwiązania problemu niżu demograficznego, którym ma być promocja modelu rodziny 2+3. Jak zauważa, na plakatach promujących akcję pojawia się nacisk na zwiększenie liczby kobiet, stąd pojawienie się sylwetek dwóch dziewczynek i jednego chłopca. Podjęte przez chiński rząd działania mogą jednak nie przynieść zamierzonych efektów. Według deklaracji mieszkańców Chin jest wiele czynników, przez które nie decydują się na posiadanie potomstwa: 

[…] życie w Chinach jest zbyt drogie. Powody ekonomiczne wymieniane są oczywiście na pierwszym miejscu, ale pojawiają się też argumenty, że „żyją pod dużą presją”, zarówno polityczną, jak i społeczną. Pary bardzo często stawiają bowiem na karierę i rozwój zawodowy, rezygnując przy tym z posiadania dzieci. Do tego dochodzi obowiązek opieki nad starzejącymi się rodzicami, trwale wpisany w chińską kulturę. A jeśli dołożyć do tego płatną edukację, jaką trzeba zapewnić dzieciom, nietrudno zrozumieć, dlaczego współczynnik dzietności w Chinach wynosi obecnie jedynie 1,3 dziecka na kobietę.

Dziennikarz przedstawia historyczne podłoże wprowadzenia polityki jednego dziecka. Co daje odbiorcy szansę na zagłębienie się w opisywany temat. Z kontekstu historycznego możemy dowiedzieć się, że wprowadzone rozwiązania nie zakazywały mieszkańcom posiadania większej liczby potomstwa, jednak rodziny wielodzietne musiały się mierzyć z wieloma obciążeniami prawnymi  tzw. opłatami za obsługę. Grabowski przywołuje dane, z których wynika, że z powodu wprowadzonej polityki kontroli populacji urodziło się ok. 300 milionów dzieci mniej. Co zostało osiągnięte również przy pomocy popieranych przez rząd aborcji. Przywoływane statystyki obrazują odbiorcy skalę omawianego zjawiska. 

Mariusz Grabowski zwraca uwagę na wcześniejsze próby zapobiegania katastrofie  demograficznej, które były podejmowane przez rząd np. decyzja o posiadaniu dwójki dzieci w przypadku małżeństw, w których jeden z małżonków jest jedynakiem; wprowadzenie 30-dniowych okresów na ochłodę” dla par, które podjęły decyzję o rozwodzie; organizowanie spotkań zapoznawczych dla par; zachęcanie działaczy politycznych do posiadania dwójki potomstwa w celu przykładu dla obywateli czy wreszcie zezwolenie na funkcjonowanie surogatek. Jak zauważa autor, ów działania okazały się nieskuteczne, ponieważ wiele lat komunistycznej praktyki demograficznej wsiąknęło na stałe w chińską obyczajowość, dlatego też zmiana trendu spadkowego będzie dla polityków ogromnym wyzwaniem.

Jednym z zastrzeżeń do artykułu Mariusza Grabowskiego jest brak przywołania źródła informacji dotyczących przeprowadzania aborcji w 8 oraz 9 miesiącu ciąży. Ten fragment rozważań dziennikarza budzi wątpliwości względem jego rzetelności: 

Nierzadko kobiety, nawet pod koniec 8. miesiąca, były zmuszane do przerwania ciąży przez wstrzykiwanie roztworu soli. Istnieją również doniesienia na temat kobiet, na których przeprowadzono aborcję po 9 miesiącach ciąży, zabijając ich dzieci już w kanale rodnym albo zaraz po urodzeniu.

Decydując się na przywołanie tak kontrowersyjnych informacji, dziennikarz powinien zadbać o zweryfikowanie oraz opisanie źródła, z którego pochodzą. Bez takiej wzmianki czytelnik nie ma pewności, że są one prawdziwe. Nie ma również pewności czy są to informacje sprawdzone, czy być może są to jedynie domysły autora.

Również język używany w niektórych fragmentach artykułu budzi pewne wątpliwości. Stosowanie określeń nacechowanych emocjonalnie, w celu opisania praktyki aborcyjnej w Chinach, może wpływać na odbiór tekstu przez czytelników. Dziennikarz, wykorzystując słowo mordowano” dla opisu aborcji przeprowadzanych w większości na dziewczynkach, sugeruje odbiorcom swoje zdanie na temat polityki aborcyjnej Chin. Niestety nie działa to korzystnie na poziom obiektywizmu artykułu, a wręcz na niekorzyść dziennikarza i może zostać odebrane jako zmierzające w kierunku narzucenia pewnego schematu myślenia o aborcji. 

Artykuł Mariusza Grabowskiego jest próbą dogłębnego przedstawienia sytuacji demograficznej Chin. Autor stara się zaprezentować temat z różnych punktów widzenia. Odwołuje się zarówno do głosów obywateli, jak i narracji prezentowanych przez władze. W tekście opisuje również przyczyny wprowadzenia polityki kontroli urodzeń, wracając do roku 1979, co niewątpliwie wpływa na podniesienie jakości  przekazu. Mimo pewnych niedociągnięć czy zastrzeżeń artykuł wart jest uwagi odbiorców przez fakt na wieloaspektowe przedstawienie polityki demograficznej Chin oraz profesjonalną analizę zaprezentowaną przez dziennikarza. 

kryterium prawdy: 0.9/1 

kryterium obiektywizmu: 0.9/1 

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 0.8/1 

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1 

kryterium zasadności tytułu: 1/1 

Ocena: 4.6/5

Obraz Leslin_Liu z Pixabay

Tomasz Augustyniak o sytuacji pandemicznej w Indiach i oddolnej pomocy mieszkańców

Tomasz Augustyniak o sytuacji pandemicznej w Indiach i oddolnej pomocy mieszkańców

Tomasz Augustyniak – „Gdy umilkły dźwięki” Tygodnik Powszechny 13.06.2021 r.

Shreya Varma dobrze pamięta dni, w których wszyscy uwierzyli, że koronawirus został w Indiach pokonany – od tych słów rozpoczyna swój reportaż dla „Tygodnika Powszechnego” Tomasz Augustyniak, korespondent w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej. W swoim tekście porusza wątek trudnej sytuacji pandemicznej i tego, w jaki sposób rozwijała się ona w Indiach. Jego materiał skupia się na opisie działań, jakich podejmowali się mieszkańcy największych miast w Indiach, po tym jak załamał się tamtejszy system opieki zdrowotnej. 

Jego materiał stanowi przykład rzetelnego dziennikarstwa reporterskiego. Został wyróżniony, głównie za sprawą kompleksowego podejścia do prezentowanego tematu. Dziennikarz przysporzył sobie wiele trudu, gromadząc wypowiedzi osób mieszkających w Indiach, które w okresie pogarszającej się sytuacji epidemiologicznej w swoim kraju, były narażone na zakażenie koronawirusem, a często także same ciężko przechodziły chorobę.

Zaczyna swój reportaż od przytoczenia kontekstu, w jakim umieszcza swój tekst. Relacjonuje on, jak wyglądała sytuacja w Indiach, jeśli mowa o epidemii koronawirusa w nieodległej przeszłości – pod koniec ubiegłego i na początku obecnego roku. Wtedy to, ludzie zaczęli tłumnie wychodzić na ulice i odwiedzać miejsca, takie jak kina czy targowiska. Według tego, co przekazuje Shreya Varma – jedna  z bohaterek reportażu, menadżerka w banku – w Indiach w tym czasie zniknął nie tylko dystans społeczny, ale również maseczki z twarzy Indusów. Z informacji, do jakich udało się dotrzeć autorowi, kiedy obostrzenia zostały poluzowane, wielu ludzi przestało zauważać problem pandemii – w tematach zdrowotnych pojawił się za to wątek medycyny naturalnej, popularnością cieszyła się m.in. ajurweda, czyli tradycyjna medycyna indyjska, znana jeszcze z czasów starożytnych. O beztroskim podejściu do kwestii ochrony zdrowia, Augustyniak pisze tak: Należało się też, rzecz jasna, zaszczepić, ale tutaj zdania bywały podzielone. Zresztą: „Jo hona hai, woh hoke rahega!” – mówiono. Co ma być, to będzie!


Jak podkreśla sam autor, danej sytuacji nie pomagały również komunikaty polityków – takie jak decyzja premiera Narendra Modi, który już na początku 2021 r. ogłosił, że kraj poradził sobie z pandemią i otwiera się na nowe inwestycje. W Indiach – największym demokratycznym państwie świata, mającym charakter federacji (składającej się z 36 stanów i terytoriów) – kampania wyborcza trwa niemal permanentnie, co jak potem relacjonuje Augustyniak, przyczyniło się do gwałtownych wzrostów zakażeń na koronawirusa. Zaznacza też, że nie bez znaczenia dla tego zjawiska było zorganizowanie święta Kumbh Mela (jest to pielgrzymka nad Ganges w celu wykonania rytualnej kąpieli w rzece) o rok wcześniej, niż mówi o tym tradycja.

Autor prezentuje elementy, które przyczyniły się do pogorszenia sytuacji pandemicznej w Indiach. Swoją wiedzę opiera na przekazach medialnych oraz informacjach, które zaczerpnął bezpośrednio od mieszkańców Indii. Jest to ważny element całego tekstu bowiem to właśnie bohaterowie, przedstawieni przez Augustyniaka w materiale, odgrywają w nim kluczową rolę. To ich historie (niejednokrotnie bardzo osobiste) są punktem wyjścia do rozważań na temat sytuacji w całych Indiach. To właśnie ich opowieści stanowią klucz do tego, jak radzili sobie zwykli ludzie w obliczu wyzwań, jakie przyniosła ze sobą pandemia.

Przytaczane historie prezentują czytelnikowi podejście zwykłych obywateli. Ludzie, którzy mają doświadczenia w walce o zdrowie i życie, opowiedzieli o tym autorowi, dzięki czemu cały reportaż zyskał na autentyczności. Poza wspomnianą na początku artykułu kobietą o imieniu Shreya Varma, zostają wyszczególnieni również: Amit Jain (lekarz, który zaangażował w akcję pomocową lekarzy i lekarek), Pritam Kothadiya (wolontariusz, który zorganizował sieć samopomocy), Jayant Bhattachary (dziennikarz, który w pandemii stracił swojego ojca), Aman Srivastava (mający doświadczenie w poszukiwaniach butli z tlenem dla chorego na COVID-19 brata). To ich relacje powodują, że czytelnik ma możliwość w większym stopniu zrozumieć ich sytuację, a nawet w pewien sposób spróbować przenieść ją na polski grunt, aby wydała mu się bardziej realna.

Reportaż stawia tezę „Każdy został jakoś dotknięty”. Jest to zarazem tytuł jednego z akapitów, w którym autor pisze: Zaraza nie oszczędzała także ludzi mających pozycję, pieniądze i kontakty. Ci uprzywilejowani, dla których wszystko było kiedyś kwestią kilku telefonów do rodziny i wpływowych przyjaciół, teraz nie potrafili zdobyć dla swoich bliskich ratujących życie leków, tlenu ani łóżek w szpitalach”, pokazując w ten sposób, że w obliczu pandemii każdy z nas tak naprawdę jest równy sobie. Jeden z rozmówców opowiada: „Pandemia wywróciła do góry nogami życie wszystkich”, a historie innych zdają się potwierdzać jego słowa. 

Przejmujący jest również podrozdział zatytułowany „Walka o tlen”. Zostają w nim opisane sytuacje, w których znalazło się wielu mieszkańców Indii – osób, które szukały za wszelką cenę butli z tlenem, aby móc je przekazać swoim bliskim, dla których był to jedyny sposób na ratunek w pogarszającym się stanie, z racji na ciężki przebieg choroby. Wielu rodzinom zostawały butle po zmarłych krewnych, nie do końca opróżnione, i to właśnie w ten sposób udało się zorganizować tlen dla Amitusha. Pierwsza butla i koncentrator tlenu pochodziły od wuja szwagierki, który zmarł kilka dni wcześniej” – relacjonuje reporter. Autor w umiejętny sposób omija jednak korzystanie z języka znanego z prasy tabloidowej. Nie zależy mu na sensacji, jego tekst jest napisany w sposób rzetelny, a historia w nim opowiedziana, broni się sama. 

Jednak najważniejszym przesłaniem tekstu Tomasza Augustyniaka jest ukazanie inicjatyw społecznych, które miały na celu pomóc osobom w potrzebie podczas pandemii. Tak zwana „samopomoc”, jak nazywa ją autor, miała miejsce w wielu miastach w Indiach. Podkreśla też, jak dużą rolę w komunikowaniu się między sobą odegrał internet: Siłę tych relacji wzmocniły media społecznościowe i komunikatory internetowe. W kraju, w którym z internetu korzysta ponad 700 mln ludzi, to one stanowią najpewniejszy sposób dotarcia do prawie każdego”. Przy pomocy komunikatorów zgłaszali się ochotnicy, którzy oferowali pomoc, czy też osoby, które tej pomocy potrzebowały. Wszystko działo się oddolnie, ponieważ zarówno rząd, jak i ochrona zdrowia, w opinii autora i jego rozmówców, zawiedli. 

Tekst Augustyniaka jest wyważony, jednak napisany w taki sposób, że czytelnik jest ciekawy przedstawianej przez niego historii. Dużo zyskuje dzięki osobistym wyznaniom rozmówców, jednak ani razu nie czuć, aby autor przekraczał granicę i pisał o rzeczach zbyt prywatnych dla bohaterów. 

Korespondent „Tygodnika Powszechnego” przedstawia temat z wielu punktów widzenia. Jego tekst jest dopracowany, zarówno merytorycznie, jak i stylistycznie. Treści, które prezentuje czytelnikom są ukazywane w obiektywny sposób. Autor nikogo nie stara się szczególnie wyróżniać, ani też pomijać. Warto również podkreślić, że Tomasz Augustyniak okazuje szacunek swoim rozmówcom, co możemy zauważyć, chociażby w formie prezentowania ich historii. W tekście zostaje ukazany każdy bohater z imienia i z nazwiska wraz z kilkuzdaniowym odnotowaniu, jaką rolę pełni dana osoba. Reportaż omawia wydarzenia dotyczące pandemii koronawirusa w Indiach i korzysta w tym celu z przykładów osobistych historii bohaterów. Jest to więc wątek szczególnie narażony na pokusę skorzystania z określeń wartościujących, jednakże autor tekstu stara się takowych unikać. Co więcej, na pochwałę zasługuje też fakt, iż dziennikarz oddziela informację od subiektywnego komentarza, dzięki czemu czytelnik ma możliwość zapoznać się z wieloma informacjami na temat kultury i tradycji Indii, ale nie odnosi wrażenia, że wiedza, jaką otrzymuje od autora jest z góry oceniana w pozytywny lub negatywny sposób. Augustyniak pozwala czytelnikowi na wyrobienie sobie własnego zdania, wprowadzając go jednak w niezbędne do zrozumienia kontekstu treści. Jego wiedza natomiast jest istotna, ponieważ sam autor (o czym mówi krótka notka informacyjna na samym końcu tekstu), (…) w latach 2013-15 mieszkał w Indiach; od tego czasu regularnie tam bywa.

Tytuł reportażu „Gdy umilkną dźwięki” jest z lekka enigmatyczny, jednak po dogłębnej lekturze tekstu czytelnik jest w stanie bez problemu zrozumieć jego przesłanie. Ukazuje to chociażby cytat jednego z bohaterów materiału, Amana Srivastawa: Brat cały czas zachowywał kamienną twarz, chociaż z trudem łapał oddech. Mówił tylko szeptem i przez kilka nocy nie spał, bo dusił się z powodu kaszlu. Dopiero później powiedział, że bał się wtedy śmierci. Tytuł ten może być rozumiany jako bezpośrednie odniesienie do momentu, kiedy osoba zarażona na koronawirusa traci możliwość komunikowania się ze światem i aby przeżyć potrzebuje (o czym również pisze autor) wspomagać się tlenem. Z drugiej strony, tytuł można też interpretować jako moment zatrzymania – ten czas, gdy wszystko ustaje, z racji na rozwój epidemii w kraju: Amana najbardziej zaskoczyło, że w całym tym chaosie ucichły spory polityczne. Przestało być ważne, kto jest hinduistą, a kto muzułmaninem, kto zwolennikiem państwa świeckiego, a kto wyznaniowego, albo kto jaką partię popiera. Ludzie zaczęli robić wszystko, co w ich mocy, by pomóc innym.

Tekst Tomasza Augustyniaka jest przykładem wartościowych treści, które zostają przedstawione według najlepszych standardów dziennikarskich. 

kryterium prawdy: 1/1 

kryterium obiektywizmu: 1/1 

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 0.9/1 

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1 

kryterium zasadności tytułu: 0.9/1 

Ocena: 4.8/5

Obraz Elliot Alderson z Pixabay

Jędrzej Winiecki o podejściu Polaków do szczepień na koronawirusa

Jędrzej Winiecki o podejściu Polaków do szczepień na koronawirusa

Jędrzej Winiecki – „Jak zaszczepić zaufanie” Polityka nr 23 (3315), 1.06.-8.06.2021.


Tekst Jędrzeja Winieckiego jest przykładem rzetelnej pracy dziennikarskiej głównie dlatego, że autor w możliwie jak najbardziej obiektywny i zniuansowany sposób, podchodzi do prezentowanego przez siebie tematu. Ponadto unika korzystania z nacechowanego emocjonalnie słownictwa, dzięki czemu jego tekst nie wyróżnia żadnej ze stron.  Udziela natomiast głosu wielu ekspertom, którzy wypowiadają się w materiale w roli komentatorów, ograniczając jednak swoje komentarze jedynie do dziedzin, w jakich się specjalizują. Sprawia to, że w większym stopniu możemy zaufać stwierdzeniom, którymi dzielą się z odbiorcami. W artykule możemy zapoznać się z opinią takich ekspertów-komentatorów jak: prof. Michał Wróblewski (socjolog), prof. Michał Krawczyk (ekonomista), prof. Małgorzata Kossowska (psycholog społeczna), dr Adrian Wójcik (psycholog społeczny). Wszyscy zostali wyszczególnieni przez autora, opisani z imienia i nazwiska, zaznaczony został też ich tytuł naukowy oraz uczelnia, z którą są związani. Autor nie wymienia w materiale kogokolwiek tylko i wyłącznie z nazwiska, wykazuje przez to swój szacunek do osób, które poprosił o komentarz.


Jędrzej Winiecki postawił sobie za cel próbę odpowiedzenia na pytanie, które zresztą pada już na samym początku artykułu: Dlaczego nadal tak wielu Polaków nie chce się szczepić na koronawirusa? Najpierw, z lekka prowokacyjnie, cytuje wpis byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego, który stwierdził, że Rządząca prawica w Polsce ma ten problem, że znaczna część ich wyborców to są albo antyszczepionkowcy, albo ludzie niechętni szczepieniu się. Dziennikarz powołuje się na źródło, jakim jest organizacja fact-checkingowa Demagog.org.pl, w celu wyjaśnienia czytelnikom, że te słowa nie są zgodne z prawdą (zostały sklasyfikowane przez wspomnianą organizację jako „wypowiedź fałszywa”). Jest to jednak jedynie punkt wyjścia do rozważań na temat sytuacji, jaka ma miejsce w naszym kraju przy okazji przeprowadzania narodowego programu szczepień przeciwko COVID-19. Stan faktyczny uargumentowany przez wyniki licznych sondaży przedstawia wyborców Prawa i Sprawiedliwości jako znacznie bardziej chętnych do szczepień – gotowość do szczepienia lub przyjęcia przynajmniej jednej dawki szczepionki, deklarowały trzy czwarte z grupy osób, którzy określili siebie jako wyborców PiS-u. Autor tekstu konfrontuje te wyniki z danymi, które odnoszą się do innych partii politycznych. Pozwala to na pokazanie pełniejszego spektrum problemu i zaprezentowanie szerszej perspektywy, co z kolei w znaczący sposób ułatwia odniesienie tych wyników do siebie nawzajem. 


Dziennikarz porusza w swoim tekście również inny wątek – powiązanie ruchu antyszczepionkowego z podatnością na wiarę w teorie spiskowe. Teorie te, jak twierdzi: Może są nieracjonalne i brzmią bezsensownie, a oferowane przez nie wyjaśnienia są często fałszywe, ale zaspokajają przynajmniej częściowo potrzebę poczucia kontroli w konfrontacji z dużym wydarzeniem lub zmianą społeczną. Wyjaśnia w ten sposób działanie tej zależności i jej przesłanek, które pozwalają na to, aby takowa wiara zaistniała wśród danej osoby. Autor nie stara się jednak na siłę sklasyfikować osób, które są podatne na wiarę w teorie spiskowe. Podkreśla też, że jest to niezależne od podzielanych poglądów czy poparcia dla danej partii politycznej. Z pomocą jednego z ekspertów wyjaśnia czytelnikom, że tak naprawdę obie strony politycznej barykady są podatne na wiarę w spiski – różnią się tylko tym, jaka jest treść samej teorii.  Dziennikarz przytacza w tym miejscu konkretne dane procentowe, które ukazują, w jakim stopniu Polacy są w stanie uwierzyć w teorię spiskową dotyczącą pandemii. Mówiąc o tym, powołuje się na badania, których współautorem jest jeden z jego rozmówców – dr Adrian Wójcik, psycholog społeczny z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

W ostatniej części swojego artykułu Jędrzej Winiecki porusza kwestię oceny narodowego programu szczepień. Jednak autor pozostaje obiektywny i przedstawia czytelnikowi podejście, jakie posiadają eksperci. Pozwala też na to, aby w materiale wybrzmiewały głosy zarówno chwalące, jak i krytykujące postawę polskiego rządu. Nie była energiczna, wykorzystywała mało skuteczne kanały, jak billboardy czy reklamy radiowe. – w ten sposób o akcji szczepień wypowiada się prof. Michał Krawczyk. Natomiast, zupełnie inną perspektywę prezentuje, chociażby prof. Michał Wróblewski  który, pomimo iż uważa, że rząd ma problemy ze zgodnością przekazu, to jednak docenia kampanię informacyjną, jaką zorganizował polski rząd: Widać w niej myślenie w kategoriach różnych segmentów populacyjnych, które zmieniają się w zależności od szczepionej grupy. 


Na koniec swojego artykułu dziennikarz przedstawia jeszcze jedną perspektywę, jeśli chodzi o podejście do tematu szczepień. Opisuje pokrótce grupę osób, która w przeciwieństwie do antyszczepionkowców, była w stanie wiele poświęcić, aby móc się zaszczepić. Mowa tutaj o tych osobach, które są przekonane, że szczepienie to cywilizacyjny wynalazek, jak to przedstawia prof. Kossowska.

Opisywana przez Jędrzeja Winieckiego, grupa osób o zupełnie odmiennych postawach, staje się kontrapunktem do wcześniej omawianych przykładów. Jak pisze o nich sam autor:


Zdaje się, że zwłaszcza w tej grupie najwyższe jest oczekiwanie, że reszta rodaków się zaszczepi. Podlane sosem naukowej opowieści o pandemii i wysypem statystyk, którymi jesteśmy zalewani od tylu miesięcy. Oraz wiarą w racjonalność i wezwanie do szacowania ryzyka na zimno zamiast popadania w emocje.


Tekst artykułu wzbogacony jest również o grafikę, będącą suplementem do merytorycznej treści. Ilustracja Patryka Skroczyńskiego, która została wybrana jako wizualny komentarz do tekstu, przedstawia rycerza, który broni się z użyciem miecza przed ogromnymi szczepionkami nadciągającymi prosto na niego. Jest to bardzo wymowny obrazek, ponieważ tekst opisuje podejście obywateli do szczepień przeciwko koronawirusowi. Jednym z wątków poruszanych w tekście jest też podział ze względu na przyjmowaną postawę – pro-szczepienną, bądź też anty-szczepienną. Obrona przed szczepionką na ilustracji ukazuje jedną z grup, o której pisze dziennikarz. W tym miejscu można byłoby zarzucić autorowi, że to właśnie postawa antyszczepionkowców została ukazana na ilustracji w sposób z lekka prześmiewczy – mały rycerzyk kontra wielkie szczepionki. Jest to jednak element humorystyczny, który nie wpływa znacząco na odbiór samego tekstu Winieckiego.

Tytuł, na jaki zdecydował się autor, brzmi „Jak zaszczepić zaufanie”. Jego wieloznaczność powoduje, że czytelnik od razu staje się zainteresowany, jaka treść czeka go w poniższym materiale. W dodatku warto zwrócić uwagę również na jego wieloznaczność, która wzbogaca całość artykułu i pozwala na to, abyśmy jako odbiorcy wiedzieli, jaki temat porusza tekst. Zasadność tytułu jest w tym przypadku jak najbardziej prawidłowa.

Autor unika określeń oceniających. Nie ma w nim przykładów mowy nienawiści. Niewiele jest również w tekście epitetów, czy też nacechowanych emocjonalnie wyrażeń. Dziennikarz przyjmuje w nim rolę osoby prowadzącej czytelnika przez tekst i wskazującej najważniejsze wątki. To jednak głos ekspercki jest w tym artykule najistotniejszy, ma największe znaczenie. Nie znaczy to jednak, że tekst składa się tylko z wyróżnionych cytatów – dziennikarz komentuje poszczególne wypowiedzi i nadaje rytm całości. Robi to przy tym w prostym i zrozumiałym języku, przez co sam tekst czyta się szybko i sprawnie. Jest to na pewno zasługa odpowiedniego warsztatu pisarskiego twórcy. 

Zgromadzony przez dziennikarza materiał jest różnorodny i wyczerpujący, a komentarze eksperckie pozwalają na spojrzenie na sprawę z merytorycznego punktu widzenia. Czytelnik ma dzięki temu możliwość zapoznać się, chociażby z opisem przyczyn i skutków, które są wymieniane przez psychologów i socjologów, przy okazji tłumaczenia wiary w teorie spiskowe. Za sprawą artykułu jest w stanie dowiedzieć się, czym jest tzw. kolektywny narcyzm, o którym wspomina jeden z rozmówców. Jest to niewątpliwie wzbogacający materiał, który sprawia, że patrzymy nieco inaczej na podejście Polaków do szczepienia się. 

Podsumowując, tekst Jędrzeja Winieckiego jest wartym bliższego zapoznania się z nim, ponieważ w mojej opinii spełnia standardy dziennikarskie, jakimi powinien się kierować dobry dziennikarz. 

kryterium prawdy: 1/1 

kryterium obiektywizmu: 0.9/1 

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1 

kryterium szacunku i tolerancji: 0,9/1 

kryterium zasadności tytułu: 1/1 

Ocena: 4.8/5

fot. kfuhlert źr. Pixabay

Maciej Pieczyński o współpracy służb białoruskich i rosyjskich

Maciej Pieczyński o współpracy służb białoruskich i rosyjskich

Maciej Pieczyński – Łukaszenka zakładnikiem Putina”, w Do Rzeczy 31.05.2021 r.

Dziennikarz rozpoczyna artykuł od przytoczenia słów Ramana Pratasiewicza nagranych na wideo, wyemitowanym przez białoruskie media tuż po zatrzymaniu samolotu na lotnisku w Mińsku. Autor we wstępie dokonuje podsumowania trudnej sytuacji opozycjonisty i objaśnia jak do niej doszło. 

Ważnym elementem tekstu jest przedstawienie krótkiej historii działalności Pratasiewicza, dzięki czemu niezorientowany czytelnik dostaje możliwość lepszego poznania postaci oraz kontekstu wydarzeń. 

Pierwsza część artykułu skupia się na opisie współpracy służb białoruskich z rosyjskimi, które mogły odegrać kluczową rolę w przymusowym lądowaniu samolotu. Autor podkreśla domniemania na temat współpracy służb słowami:

Jest wielce prawdopodobne, że zmuszenie samolotu z Pratasiewiczem na pokładzie do lądowania w Mińsku było kolejną już wspólną operacją białoruskich i rosyjskich służb specjalnych.

W ten sposób umiejętnie oddziela zweryfikowane fakty od niepotwierdzonych przypuszczeń.

Autor odnosi się do narracji o złym zachodzie” budowanej przez Białoruś i Rosję, by odeprzeć zarzuty o celowe zatrzymanie lotu. W tekście zostały przywołane wypowiedzi rosyjskich polityków, publicystów oraz gości programu 60 minut”, którzy wyrażają swoje poparcie dla przechwycenia samolotu przez białoruskie władze. Usprawiedliwiają oni owe działania podobnymi decyzjami podejmowanymi przez państwa zachodnie. Wypowiedzi zostały opatrzone cudzysłowem, aby czytelnicy w jasny sposób mogli odróżnić zdanie autora od opinii osób przywołanych w artykule. 

Pieczyński zwraca uwagę na powód pomocy rządu rosyjskiego dla Białorusi. Słusznie zauważa, że jednym z kluczowych motywów współpracy tych państw jest pozbycie się zagrażającemu reżimowi opozycjonisty, który propaguje nastroje antyrządowe. Jednocześnie postępowaniem tym Rosja i Białoruś zasiewają lęk wśród innych aktywistów, którym owa sytuacja uświadomiła brak bezpieczeństwa również za granicą. Dziennikarz, jako drugi motyw, przytacza potępienie działań Łukaszenki przez państwa zachodu, co prowadzi do odwrócenia uwagi od przewinień Władimira Putina oraz zwiększa uzależnienie Białorusi od Rosji, która staje się jej jedynym sojusznikiem.  

Artykuł jest połączeniem wyważonego komentarza z opisem przebiegu sytuacji na Białorusi. Maciej Pieczyński przytacza wypowiedzi oraz zaistniałe zdarzenia dla lepszego zagłębienia się odbiorcy w opisywany temat. Opinie autora nie są nachalne, ich celem nie jest narzucenie konkretnej interpretacji tekstu. Również aspekt polskiego wątku sprawy jest opisywany w sposób obiektywny. Artykuł nie wyolbrzymia, nie koloryzuje wpływu Polski na toczące się wydarzenia. Przedstawia jedynie argumentację rzekomego polskiego spisku wymierzonego we władze Białorusi przy pomocy Ramana Pratasiewicza:

Pratasiewicz, jako zamieszkały na Zachodzie bloger, nawołujący do rewolucji,jest dla Moskwy i Mińska uosobieniem wspólnego zagrożenia. Ale to „zagrożenie” działa za czyjeś pieniądze, ma swoich mocodawców! To oczywiste, za czyje i kogo. Białoruscy i rosyjscy prorządowi komentatorzy zgodnie wskazują na Warszawę, skąd nadaje NEXTA, i na Wilno, gdzie mieszka Cichanouska i gdzie przed aresztem przebywał sam Pratasiewicz. Wedle tej narracji opozycyjne media mają być finansowane i kierowane przez polskie czy litewskie służby specjalne. Wiele wskazuje na to, że KGB zmusi Pratasiewicza za pomocą tortur do zeznania tego, co chciałby usłyszeć Łukaszenka.

Jedynym zastrzeżeniem do artykułu jest tytuł odnoszący się głównie do jednego wątku poruszonego przez dziennikarza. Po dłuższej refleksji można jednak uznać ten wybór za zasadny. Nadając dość kontrowersyjny nagłówek, autor zwraca uwagę na problem zależności Łukaszenki od decyzji Putina będącej dla Europy spełnieniem  najczarniejszego scenariusza”. Tytuł jest hiperbolą, wyolbrzymieniem. Jego zadaniem jest przyciągnięcie uwagi czytelnika, w pewien sposób zmuszenie go do refleksji, co redakcja stara się osiągnąć przy pomocy emocjonalnego nacechowania nagłówka.

kryterium prawdy: 1/1

kryterium obiektywizmu: 1/1

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1

kryterium zasadności tytułu: 0.9/1

Ocena: 4.9/5

Photo by Artem Podrez from Pexels

Tomasz Wojtas o proteście LGBT

Tomasz Wojtas o proteście LGBT

Tomasz Wojtas, Bohaterka zdjęcia z protestu LGBT była agresywna. Szefowa „Faktu”: fotografia niezwykle wymowna, relacja rzetelna, wirtualnemedia.pl z dnia 11.08.2020

 

W reakcji na aresztowanie aktywistki LGBT Margot w Warszawie i zatrzymanie innych osób uczestniczących w tym wydarzeniu, w kolejnych dniach zorganizowano kolejne protesty. Zwracano w nich uwagę głównie na brutalność policji i użycie przez nią nieadekwatnych środków. Tomasz Wojtas w swoim artykule stara się pokazać dwie strony medalu tej sytuacji, a konkretniej materiału prasowego gazety „Fakt”. Rozpoczyna od opisu zarówno okładki jak i strony z artykułem, które mają wyraźny wydźwięk negatywny w stosunku do policji poprzez użycie takiego, a nie innego kadru wraz z napisem „Julia przyszła krzyczeć o prawach mniejszości. Nie bez znaczenia było także zestawienie tych elementów z komentarzem wice naczelnego „Faktu” Marcina Kowalczyka zatytułowanym „znów nas dzielą” i wizerunkami polityków związanych z partią PiS.

W dalszej części autor zwraca jednak uwagę na agresywne zachowanie kobiety ze zdjęcia, podkreślając ten fakt przywołaniem posta opublikowanego przez policję na Twitterze zawierającego materiał filmowy, który przedstawia nagrane sceny z protestu, jak i wypowiedzi osób stawiających pod znakiem zapytania przekaz medialny „Faktu”:

– Marcin Makowski z „Do Rzeczy”: “Julia przyszła krzyczeć o prawach mniejszości”. Również Julia do policji:”K***y, faszysci. K****y, nie ludzie”, “Raz, dwa, trzy, j***ć psy”, “J***y tchórz. Odsłoniłbyś mordę, bo koronawirus to najmniejszy wstyd, który może ci się przytrafić”
– Marzena Paczuska, do niedawna członek zarządu Telewizji Polskiej: „Jutro w Fakcie po tej kłamliwej jedynce zrównacie @PolskaPolicja z białoruską, tak? A dzisiaj na informację na jedynce o manifestacjach na Białorusi, nie starczyło nawet cm? Bo z agresywnej baby trzeba pilnie męczennicę zrobić…”
– Marcin Wikło, wPolityce.pl: ”Pani Julia tak pięknie krzyczała, a ta zła policja powaliła ją na glebę. Takimi bredniami nakręca się spiralę nienawiści”. – Odpychające. Czy taka manipulacja Faktu mnie dziwi? Nie. Ale uważam, że trzeba reagować za każdym razem. Nigdy nie można okazać bezsilności, bo wlezą nam na głowy. A policji należy dziękować, że nie wybierając żadnej ze stron dba o przestrzeganie prawa.”

Następnie Wojtas oddaje głos redaktor naczelnej „Faktu” Katarzynie Kozłowskiej, aby ustosunkowała się do zarzutów o stronniczość przedstawienia materiału.
Argumentuje ona między innymi, że:

„to zdjęcie to nie problem Faktu, tylko władzy, która igra z nastrojami społecznymi, podpalając Polskę. Władzy, która ciężko pracuje na to, by kraj o wielkich pokładach “konserwatywnej tolerancji ludowej”, na zdjęciach prezentował się jak najbardziej opresyjny reżim”.

Kozłowska podkreśla również, że w artykule zwrócono uwagę nie tylko na agresję policji, ale również Julii:

„W relacji z zajść zamieszczonej wewnątrz numeru zaznaczono w lidzie, że „niektórzy działacze zachowywali się agresywnie”, a na zdjęciu widać, jak kobieta obezwładniona potem przez funkcjonariusza wskakuje na policyjny samochód.”

Podsumowuje zaistniałą sytuację w szerszym kontekście wyliczając kolejno jej etapy :

„1) W kampanii wyborczej politycy sięgają po hasła godzące w mniejszości (m.in. seksualne), wzmacniając polaryzację społeczną. 2) Młodzi aktywiści odpowiadają happeningami. 3) Policja zatrzymuje, a sąd aresztuje działaczkę [w zasadzie wyraża zgodę na aresztowanie – red. DD] – a okoliczności tych działań dają przyzwolenie na uruchomienie wobec tej osoby lawiny kpin i niehumanitarnych komentarzy odnoszących się do poczucia tożsamości tej osoby itd. 4) Młodzi aktywiści wzmagają protesty, a władza zamiast dialogu, uruchamia policję, która zatrzymuje kilkadziesiąt osób”.

Tomasz Wojtas prezentuje rzetelny opis sytuacji, która jest obecnie silnie komentowanym tematem w mediach. Cechuje go obiektywizm, gdyż każda ze stron otrzymała proporcjonalną możliwość wypowiedzi. Autor, oprócz prezentowanych odmiennych stanowisk, przedstawia suche fakty, stroniąc od zamieszczania swojego komentarza. Pozostaje bezstronny wobec podjętego przez niego tematu, nie krytykuje bezpodstawnie żadnej ze stron.

Według nas jednak warto byłoby jedynie doprecyzować informacje zawarte w następującym zdaniu: „Natomiast już w sobotę w social media pojawiło się zdjęcie, na którym ta kobieta ostro dyskutuje z postronnym mężczyzną, w pewnym momencie nazywa go „zarazą” – brakuje naszym zdaniem linka do tego materiału.

 

Konkludując,
Kryterium prawdy: 0,9/1
Kryterium obiektywizmu: 1/1
Kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1
Kryterium szacunku i tolerancji: 1/1
Kryterium zasadności tytułu: 1/1
Łączna ocena: 4,9/5

Klaus Bachmann o Polsce niepodzielonej

Klaus Bachmann o Polsce niepodzielonej

JuKlaus Bachmann, „Polska nie jest podzielona”, Tygodnik Powszechny z dnia 20 lipca 2020

 

Kilka ostatnich miesięcy w polskich mediach upłynęło pod znakiem wyborów prezydenckich. Wraz z ogłoszeniem wyników, co oczywiste, pojawiło się wiele powyborczych emocji. Jednak oprócz tych tradycyjnych – związanych z wygraną, jak i przegraną, w społeczeństwie zapanowała atmosfera podziału. Linia przedstawiająca podział poparcia dla różnych kandydatów, zdawała się dzielić nasz kraj na pół – Polskę A i B. Naprzeciw takim stwierdzeniom wychodzi w swoim artykule Klaus Bachmann, pokazując że nie jesteśmy tak głęboko podzielonym narodem, jak mogłoby nam się wydawać. Powyższy artykuł został uznany za przykład dobrego dziennikarstwa z kilku powodów.

Po pierwsze: autor tekstu przytacza wiele rzeczowych argumentów, które stanowią poparcie jego słów. Wskazuje on szereg sytuacji, które z pozoru mogą wydawać się wyznacznikami podziału i wyjaśnia, dlaczego tak nie jest. Prawidłowa argumentacja oddzielona od własnych opinii, jest z pewnością ważnym wyznacznikiem dobrego dziennikarstwa.

Wśród tych, co głosują, podział ujawnia się raz na cztery-pięć lat – podczas wyborów […] To też jest problem, ale z podziałami nie ma wiele wspólnego, bo ten podział trwa tyle, co kampania.

Po drugie: w artykule problem zanalizowany jest w sposób pogłębiony aby pokazać że nie jest on tak powierzchowny i oczywisty, jak często przedstawiają go media. Autor rozkładając dane założenie na części pierwsze, przeprowadza czytelnika przez kolejne etapy i pozwala zrozumieć jego genezę. Poza odrzuceniem tezy o dogłębnym podziale naszego społeczeństwa, dziennikarz wskazuje także, że prawdziwy problem leży zupełnie gdzie indziej.

Po wyborach bowiem, jak pisał „Newsweek”, „połowa Polaków będzie w stanie euforii, a połowa w stanie głębokiej żałoby”.Tak wcale nie jest. Polska nie jest podzielona bardziej niż wcześniej, a tam, gdzie istnieją podziały, wcale nie przebiegają one tylko wzdłuż linii PiS–anty-PiS. Problem polega na czymś innym: na braku zaufania w życiu publicznym i na ustroju, który sprzyja radykalnym rozwiązaniom i ogranicza pole do rozsądnych kompromisów

Po trzecie: w tekście dziennikarza widoczna jest wiedza o ustrojach politycznych i historii zarówno Polski, jak i innych państw. Odwoływanie się do przeszłości lub do sytuacji politycznej w innych państwach, pozwala czytelnikowi porównać realia Polskie z tymi zagranicznymi i wyciągać wnioski, co tworzy szerszy obraz całej sytuacji.

Krajami z trwałym i głębokim podziałem sięgającym dalej niż tylko ostatnie wybory są USA i Wielka Brytania. Istnieje w nich zabetonowany od wielu pokoleń system dwóch partii, które nigdy (nawet w czasie największych zagrożeń i kryzysów) nie zawiązały koalicji i które odzwierciedlają głębokie społeczne antagonizmy sięgające nawet kilkuset lat wstecz. 

Pewnym zastrzeżeniem co do tekstu jest pojawienie się kilku komentarzy autora, które oceniają pewne postawy lub sytuacje przez pryzmat jego własnych poglądów. Są to jednak niewielkie wtrącenia, które w większości oddzielone są od informacji – stąd nieco niższa ocena w kryterium obiektywizmu i oddzielenia informacji od komentarza. Co do zasadności tytułu – wskazuje on na brak podziałów w Polsce, kiedy z tekstu wynika, że podziały te istnieją, tylko są mniejsze oraz że poważniejszy problem leży gdzie indziej.

Podsumowując, autor swoim artykułem normalizuje pewne podziały pojawiające się w społeczeństwie, wskazując na to że nie ma kraju, w którym się one nie tworzą – szczególnie na płaszczyźnie takiej jak polityka. Dodatkowo uświadamia on, że tworzenie utopijnych wizji społeczeństwa bez konfliktów, może być w ostateczności groźniejsze, niż te konflikty. Takie zakończenie artykułu skłania czytelnika do pewnych przemyśleń, a być może nawet do przewartościowania swoich poglądów i spojrzenia na sytuację w naszym kraju inaczej niż dotychczas.

Problem nie polega na tym, że Polska jest „głęboko podzielona”, tylko na tym, że nie potrafi żyć z relatywnie umiarkowanym i raczej symbolicznym podziałem, że jej obywatele i instytucje, zamiast zarządzać konfliktami, marzą o bezkonfliktowym świecie bez kompromisów i bez podziałów, co również oznacza: bez przeciwników. A marzenia o tym, że kiedyś zniknie ten drugi obóz, ta Polska A lub B, oraz ci, co nie myślą tak samo jak „my” – są groźniejsze niż jakiekolwiek trwałe i głębokie podziały.

Podsumowanie i ocena: 4,6/5 

  • kryterium prawdy: 1/1
  • kryterium obiektywizmu: 0,8/1
  • kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 0,9/1
  • kryterium szacunku i tolerancji: 1
  • kryterium zasadności tytułu: 0,9/1