Marek Budzisz o roli Rosji w kryzysie granicznym

Marek Budzisz o roli Rosji w kryzysie granicznym

Marek Budzisz Moskwa a kryzys migracyjny na białoruskich granicach. Rosja zachowuje otwarte możliwości. Wszystko zależy od decyzji Kremla”, wpolityce.pl, 10 listopada 2021 r.

https://wpolityce.pl/swiat/573483-moskwa-a-kryzys-migracyjny-na-bialoruskich-granicach

Marek Budzisz w swoim komentarzu podjął się analizy zachowania Federacji Rosyjskiej w kryzysie migracyjnym na granicy polsko-białoruskiej. Analizuje on wypowiedzi rosyjskich polityków i mediów, wyciąga wnioski na temat dotychczasowych oraz przyszłych działań Rosji mogących mieć wpływ na sytuację na granicy.

Autor rozpoczyna artykuł od omówienia słów Aleksandra Łukaszenki czy białoruskiego Ministerstwa Obrony o tym, że Polska dąży do militaryzacji konfliktu, poprzez gromadzenie wojsk na granicy. Następnie opisuje on ćwiczenia wojskowe odbywające się pod Kazaniem, w których udział bierze Rosja, Białoruś i m.in. państwa, których granice chronione są przez Rosję. 

W kolejnym akapicie dziennikarz analizuje działania i wypowiedzi świadczące o pełnym poparciu Białorusi przez Moskwę. Na każde twierdzenie przytacza on kilka wypowiedzi czy faktów wspierających jego tezę. Streszcza również rosyjskie pomysły na rozwiązanie konfliktu. 

Marek Budzisz odnosi się nie tylko do twierdzeń wypowiedzianych wprost, ale analizuje również sposób ich przekazywania np. ich lakoniczność czy powściągliwość, co w opinii autora, może świadczyć o pozostawieniu sobie furtki przez Rosję do innych rozwiązań niż bezpośrednie wsparcie Białorusi w konflikcie. 

Na podstawie wypowiedzi ukraińskich polityków i Aleksandra Łukaszenki  –  autor artykułu stwierdza, że konflikt mógłby zostać przekierowany w stronę Ukrainy, co mogłoby być na rękę Rosji, ze względu na już toczący się konflikt rosyjsko-ukraiński. 

Na koniec podsumowuje on swoje analizy i ocenia postawę Rosji w tym konflikcie. Wskazuje, że wiele zależy od tego, jak władze rosyjskie zareagują oraz określą się w tej sytuacji. 

Artykuł Marka Budzisza jest głęboko analityczny. Na podstawie dostępnych źródeł, wypowiedzi i materiałów prasowych dziennikarz stara się przewidzieć, jakie działania może podjąć Rosja w konflikcie granicznym. Wartym odnotowania jest obecność źródeł, do każdego z opisywanych twierdzeń osób i podmiotów trzecich. Są one wprost podlinkowane w miejscu, do którego się odnoszą. Jest to niestety dość rzadka praktyka, dlatego warta odnotowania i pochwalenia. Stosowanie trybu przypuszczającego, wyrażeń sugerujących i wprowadzenie opiniiw jasny sposób oddziela fakty od ocen. Budzisz nie skupia się jedynie na jednej rosyjskiej narracji, ale przytacza fakty na poparcie różnych hipotez dotyczących zachowania Rosji, dlatego też artykuł nie kończy się definitywnym przewidywaniem następnych działań, a pokazuje różne możliwości zachowań rosyjskiej władzy. Jedyne obniżenie punktacji przyznajemy w kryterium szacunku i tolerancji, gdyż autor w niektórych momentach używając pewnych przymiotników lub zapisując wyrażenia w cudzysłowie  – sugeruje śmieszność lub wytyka jawną propagandę w wypowiedziach. Taka ocena jest uzasadniona w tekście dziennikarskim, jakim jest komentarz, jednak sposób jej wyrażenia jest tym, co w danym momencie oceniamy.

kryterium prawdy: 1/1

kryterium obiektywizmu: 1/1

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 0.9/1

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1

kryterium zasadności tytułu: 1/1

Ocena: 4,9/5

Obraz Oleg Shakurov z Pixabay

Martyna Bielska o sytuacji na polsko-białoruskiej granicy

Martyna Bielska o sytuacji na polsko-białoruskiej granicy

Martyna Bielska: „Proszą o ciepło, wodę i dach nad głową. Nie dla siebie, tylko dla dzieci”, onet.pl z dnia 8 listopada 2021 r.

https://wiadomosci.onet.pl/bialystok/kryzys-migracyjny-granica-w-oczach-medykow-i-pomoc-uchodzcom/5wtwrrv

Kryzys na granicy polsko-białoruskiej wciąż trwa. Dziennikarka Martyna Bielska rozmawiała z ratownikami medycznymi pracującymi na granicy. Medycy, aby dotrzeć do grupy uchodźców, muszą iść 1,5 godziny przez las, niosąc wodę, jedzenie czy ubrania. Jak dowiadujemy się z materiału Martyny Bielskiej, pomoc imigrantom zajmuje ponad 8 godzin. Tłumacze dzięki połączeniu telefonicznemu pomagają ratownikom, jednak gdy połączenie się zrywa, medycy muszą porozumiewać się z uchodźcami na migi. Najtrudniejsze dla medyków są momenty, gdy widzą potrzebującego pomocy w strefie zamkniętej:  

Najbardziej dotkliwe dla medyków jest to, kiedy wiedzą, że kilometr, czasami 500 metrów od nich znajduje się człowiek, który nie jest w stanie do nich dojść. Nie mogą mu pomóc, choć mają wszystko: personel, wykształcenie, doświadczenie, umiejętności, chęci i czas. W strefie zamkniętej są osoby w tak ciężkiej kondycji, że nie mają siły albo tak panicznie boją się wyjść z lasu, że ryzykują zamarznięciem i śmiercią opisuje dziennikarka.

Martyna Bielska powołuje się w swoim tekście na relację lekarki – Pauliny Bownik, współpracującej z Grupą Granica. Lekarka po raz pierwszy pojawiła się na granicy, kiedy  próbowała dostarczyć leki grupie migrantów w Usnarzu Górnym, bezskutecznie. Mimo to lekarka nadal stara się pomagać imigrantom w przygranicznych lasach. Z jej relacji możemy dowiedzieć się, w jakiej kondycji zdrowotnej jest większość uchodźców, do których dotarli ratownicy: 

Spotykam osoby z covidem, robię im wymazy i szybkie testy Abbotta. Miałam dwie kobiety po poronieniu. Są skręcenia, złamania. Spotykam cudzoziemców z odwodnieniem, wyziębieniem. Miałam jeden przypadek człowieka w skrajnej hipotermii. 26-letni Kurd z Iraku, którego po kilku nocnych godzinach szukania znaleźliśmy w lesie. To był mój najpoważniejszy przypadek. Gdybyśmy dotarli do niego rano, myślę, że już by nie żył – opowiada lekarka.

O udzielaniu pomocy na granicy opowiada również Agnieszka Bajkowska-Adamska, ratowniczka medyczna i pielęgniarka. Opowiada o dramacie migrantów, którzy są skrajnie wychłodzeni, często pogryzieni przez psy, pobici. Kobiety w ciąży zaniepokojone są o swoje nienarodzone dzieci, bojąc się o to, czy donoszą ciążę oraz co stanie się z dziećmi po rozwiązaniu.

Paulina Bownik mówi o młodej kobiecie z Konga imieniem – Judith, która poroniła na początku trzeciego miesiąca. Według imigrantki z Afryki polscy strażnicy graniczni przerzucili ją przez drut kolczasty. Lekarka dodaje: – Trzeba pamiętać, że poronienie u dziewczyny z Konga to co innego niż u Europejki. Ta druga by się położyła i koniec. A Judith dostała zastrzyk przeciwbólowy, wstała i poszła dalej. Jak przyznają wolontariuszki pomagające  na granicy, imigranci pragną jedynie humanitarnego traktowania, a fakt, w jakich warunkach muszą koczować schorowani uchodźcy, nie powinien mieć miejsca w dzisiejszych czasach.

Tekst Martyny Bielskiej jest zbiorem relacji osób pomagających na granicy. Zasługuje na wysoką ocenę, gdyż dziennikarka zebrała doświadczenia lekarek oraz ratowniczek medycznych opisujących sytuację widzianą na własne oczy. Wyłania ona obraz kryzysu migracyjnego z perspektywy zwykłych ludzi. Niezwykle ważne jest ukazanie tego, co dzieje się z uchodźcami, ponieważ obserwując liczne przekazy medialne ciężko znaleźć spójne i wiarygodne komunikaty. Przyjrzyjmy się, chociażby białoruskim mediom ukazujących Polaków, jako winowajców zaistniałego paraliżu na granicy. Dziennikarka Martyna Bielska powołała się na niekwestionowane źródła oraz obiektywnie przekazała fakty, dzięki czemu zasługuje na najwyższą ocenę.

 

kryterium prawdy: 1/1

kryterium obiektywizmu: 1/1

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1

kryterium zasadności tytułu: 1/1

Ocena: 5/5

Obraz Alina Kuptsova z Pixabay

Andrzej Krajewski o sytuacji w Afganistanie

Andrzej Krajewski o sytuacji w Afganistanie

Andrzej Krajewski: „Krajewski: Dobrze, że Amerykanie opuścili Afganistan. Czas zmierzyć się z prawdą [OPINIA]”, dziennik.pl z dnia 17 sierpnia 2021

https://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/8227569,afganistan-wycofanie-wojsk-usa-opinia-krajewski.html

Talibowie od momentu wkroczenia do Kabulu (stolicy Afganistanu) przejęli całkowitą władzę w tym państwie. Jako redakcja Dobrych Dziennikarzy, nie mogliśmy pominąć materiału, w którym dziennikarz wyjaśnia politykę Zachodu oraz clue konfliktu na Bliskim Wschodzie. Takim głosem stał się tekst Andrzeja Krajewskiego, który opublikowany został 17 sierpnia 2021 roku na łamach dziennika.pl.

Dziennikarz Andrzej Krajewski w swoim tekście wyraża poważne wnioski na temat polityki, którą przez dwadzieścia lat starało się wprowadzać jedno z największych światowych mocarstw na terenie Afganistanu. Zdaniem Krajewskiego Afgańczycy nie chcieli wprowadzać u siebie zachodnich wartości. Najlepszym i niepodważalnym dowodem na to jest fakt, iż demokratyzowanie Afganistanu, które trwało przez 20 lat zostało zakończone, a Talibom w niecały miesiąc udało się podporządkować wszystkie tereny tego państwa. A powodem, dla którego Talibowie nie mogli dokonać tego szybciej, był brak środków transportu. Andrzej Krajewski przywołuje wypowiedź prezydenta Joe Bidena na temat Afgańczyków:

Afgańczycy mieli wszystkie klucze do własnej przyszłości. Jedynym, czego nie mogliśmy im dać, była wola kształtowania własnej przyszłości.

Krajewski zwraca uwagę na liczebność i możliwości militarne Talibów – na początku liczyli 75 tys. bojowników i praktycznie nie posiadali żadnego sprzętu wojskowego. Dziennikarz zwraca uwagę, że Zachód, choć wspierał rządową armię Afganistanu nowoczesnym sprzętem dla 350 tys. żołnierzy, to armia i tak się rozpadła. 

W tekście wymienione jest również główne osiągnięcie Zachodu, który według dziennikarza stworzył w Afganistanie jedynie kastę polityków:

Zachodowi w Afganistanie udało się przede wszystkim stworzyć kastę polityków, dzierżących lokalne rządy głównie po to, żeby zapełnić dolarami własne kieszenie. Obok nich w dużych miastach utworzyła się warstwa ludzi, którzy pracowali dla sił NATO, administrowali krajem, robili interesy, upodabniając swój styl życia co nieco do zachodniego. Wprawdzie czerpali korzyści z istniejących porządków, lecz nie znaczyło to, iż zamierzali za nie walczyć.

Dziennikarz wskazuje również, że każdego roku dezerterowano ok. 30% poborowych z rządowych wojsk, którzy często wydawali na siebie wyrok więzienia lub rozstrzelania. 

Niezwykle ciekawym głosem jest powołanie się na młodego dyplomatę Matthew Hoha, który zanim zaczął pracować w Departamencie Stanu, odsłużył dwa lata w Iraku jako oficer. Hoh wyznał potem, że po odbyciu swojej misji zrozumiał, jak bardzo świat zniekształca rzeczywistość, którą mógł oglądać na własne oczy. W liście, który przekazał Hillary Clinton, zanim opuścił Departament Stanu, napisał:

Straciłem wiarę i zrozumienie dla strategicznych celów USA w Afganistanie, mam wątpliwości co do obecnej strategii, a także tej, jaką zamierzamy przyjąć”. Po dwóch latach spędzonych w Kabulu i prowincji Zabul widział, że: “Jak niegdyś Sowieci próbujemy zaprowadzić w Afganistanie porządki i ideologię, których nikt tu nie zna ani sobie nie życzy”. 

Nie jestem pacyfistą, który upalony ziołem nawołuje, żeby wszyscy się miłowali, ale tu w Afganistanie nikt nas nie chce, a nasza obecność staje się tylko przyczyną jeszcze większej wojny

Z wypowiedzi Matthew Hoha, wybrzmiewa wniosek, że obecność Zachodnich wojsk w Afganistanie, nie miała żadnego sensu, co podkreśla sam Andrzej Krajewski. Według danych ONZ między 2009 a 2019 rokiem w Afganistanie poniosło śmierć 100 tys. cywili. 

Andrzej Krajewski próbuje znaleźć również odpowiedź na pytanie: dlaczego Afgańczycy nie walczyli o to, co oferował im Zachód? I wysnuwa następujące wnioski – Zachód ma do zaoferowania jedynie poczucie wyższości, przekonanie, że wszystko wie się najlepiej, a to nie przekona mieszkańców Afganistanu, co zresztą potwierdzają skutki obecności wojsk w Afganistanie. Krajewski wskazuje na problemy Krajów Trzeciego Świata, które mają problem ze znalezieniem źródeł bieżącej wody czy pożywienia, więc nie interesują ich idee Zachodu takie jak: równouprawnienie lub ochrona osób o odmiennej orientacji seksualnej. Dziennikarz twierdzi:

Zaś tak modne dywagacje o transpłciowości jako części składowej praw człowieka są dla mieszkańców Trzeciego Świata równie jasne, co rozważania o fizyce kwantowej.

Andrzej Krajewski w swoim tekście dokonuje analizy i poszukiwania odpowiedzi na pytanie – dlaczego Afgańczycy nie chcieli tego, co Zachód im oferował, co spowodowało, że władze w tym państwie przejęli Talibowie? Dziennikarz w swoich tezach powołuje się na raporty oraz wypowiedzi osób z Białego Domu. Tekst pełni również bardzo ważną funkcję, mianowicie pokazuje, jak media zniekształcały obraz działań i sytuacji w Afganistanie. Już na samym początku tekstu czytamy przykłady wypowiedzi specjalistów, którzy wypowiadają się na temat konfliktu w Afganistanie. Krajewski opinie ekspertów nazywa „wielkim stekiem bzdur”, ponieważ wszystkie te wypowiedzi zaciemniały obraz sytuacji w stolicy Afganistanu. Punkty ujemne za tekst pojawiają się w kryterium obiektywizmu, gdyż kwintesencją całego materiału jest opinia autora na temat sytuacji i konfliktu na Bliskim Wschodzie oraz w kryterium szacunku i tolerancji. Wynika to z przekonania autora odnośnie dość negatywnych wartości reprezentowanych przez kraje zachodnie, które malują niekompletny i bardzo subiektywny obraz mieszkańców tych regionów. 

kryterium prawdy: 1/1

kryterium obiektywizmu: 0,9/1

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1

kryterium szacunku i tolerancji: 0,9/1

kryterium zasadności tytułu: 1/1

Ocena: 4.8/5

Obraz Amber Clay z Pixabay

Łukasz Warzecha – komentarz do wyniku wyborów w Rzeszowie

Łukasz Warzecha – komentarz do wyniku wyborów w Rzeszowie

Łukasz Warzecha, Opozycja niech nie myśli magicznie, a rządzący niech wyciągną wniosek. Musi być brutalny” [KOMENTARZ], Onet z 14.06.2021 r.

Link do artykułu: https://wiadomosci.onet.pl/opinie/komentarz-do-wyniku-wyborow-w-rzeszowie-pis-ma-problem/0k83gsz 

Łukasz Warzecha rozpoczyna artykuł od krótkiego podsumowania dotyczącego wyników wyborów w Rzeszowie. Odnosi się w nim do spadku poparcia partii PiS na przełomie poprzednich lat oraz w krytyczny sposób kwituje określanie wygranej kandydata opozycji jako swoistego przełomu. 

W początkowej części tekstu dziennikarz rozkłada na czynniki pierwsze tegoroczne wybory prezydenckie w Rzeszowie. Swoje rozważania rozpoczyna od sparafrazowania wypowiedzi Bartosza Arłukowicza w wieczorze wyborczym TVN24, w której to były minister zdrowia wygraną Konrada Fijołka traktuje jako bezwzględną wygraną opozycji nad Zjednoczą Prawicą oraz jako rozwiązanie jej wszelkich wcześniejszych problemów. Autor z dystansem odnosi się do owej wypowiedzi, argumentując na rzecz jej bezzasadności poprzez, m.in.,  przywołanie sondaży przed wyborami samorządowymi w 2018 roku, wyborami do Sejmu czy wyborami prezydenckimi z 2015: 

Podczas ostatnich wyborów samorządowych w 2018 r. kandydat tej partii Wojciech Buczak dostał 28,86 proc. głosów (drugie miejsce), zaś Ferenc – 63,76, nokautując kontrkandydatów w pierwszej turze. Przy czym Platforma Obywatelska własnego kandydata nie miała, zatem Ferenc występował jako jedyny liczący się kandydat w opozycji do PiS.

 

Z kolei w innych ogólnokrajowych wyborach Rzeszów wcale tak bardzo nie odstawał od reszty Podkarpacia jak można by sądzić – w tym sensie nie pasował do stereotypu dużego miasta, głosującego przeciwko obecnej władzy. W wyborach do Sejmu w 2015 r. PiS zdobył tam ponad 41 proc. w stosunku do 20 proc. PO. Cztery lata później było nawet minimalnie lepiej: PiS otrzymał prawie 43 proc. głosów, a Koalicja Obywatelska – blisko 27 proc. SLD miał wówczas ponad 12 proc., a więc łącznie było to już około 40 proc., czyli niewiele mniej niż otrzymał PiS.

 

W wyborach prezydenckich w 2015 r. w Rzeszowie wyraźnie wygrał Andrzej Duda, otrzymując w drugiej turze 56,55 proc. głosów. W ubiegłym roku urzędująca głowa państwa także wygrała, choć znacznie mniejszą różnicą głosów: 50,32 proc.

Dziennikarz przywołując sondaże w obrazowy sposób, przedstawia czytelnikom zniuansowane wybory mieszkańców Rzeszowa na przełomie ostatnich lat, obalając przy tym mit na temat magicznego zwycięstwa kandydata opozycji. Warzecha pokazuje, że wygrana Fijołka mogła mieć związek ze stopniowym osłabieniem się pozycji obozu rządzącego. Nie będąc zatem efektem wielkiego triumfu, który przedstawiany jest przez polityków opozycji. 

W dalszej części artykułu Łukasz Warzecha skupia się na opisaniu nastrojów po drugiej stronie barykady politycznej. Wśród najbardziej rozpoznawalnych polityków Prawa i Sprawiedliwości np. w wypowiedziach Mateusza Morawieckiego dziennikarz zauważa narrację o porażce, którą polityk argumentuje brakiem jednego, wspólnego kandydata prawicy. Tę wypowiedź premiera autor traktuje jako wbicie szpili” Zbigniewowi Ziobrze. Dziennikarz podkreśla, że porażki Ewy Leniart oraz Marcina Warchoła rząd powinien potraktować jako poważny sygnał ostrzegawczy. Nie tylko z powodu silnej przewagi Konrada Fijołka, ale również ze względu na wniesione zaangażowanie oraz wsparcie, które zostało udzielone kandydatom prawicy przez kluczowych polityków partii. 

Autor odnosi się również do tweeta zamieszczonego przez Jarosława Gowina tuż po ogłoszeniu wyników wyborów w Rzeszowie: Atak na klasę średnią, podwyższanie podatków, centralizm zamiast samorządności i brak szacunku dla koalicjantów to utorowanie drogi do przejęcia władzy przez opozycję. Wypowiedź Gowina zostaje przytoczona dla pokazania pewnych nieporozumień w Zjednoczonej Prawicy, które według Warzechy mogą spowodować eskalację wzajemnych oskarżeń. Dziennikarz w swoim komentarzu jednoznacznie daje zrozumieć czytelnikom, że nie ma on wystarczającej wiedzy, aby faktycznie sądzić, że czynniki wymienione w cytowanym tweecie przesądziły o wyniku wyborów. W ten sposób umiejętnie oddziela nacechowany emocjonalnie wpis od racjonalnego podejścia do tematu. 

Podsumowując, dziennikarz zaprezentował pogłębioną analizę wyników wyborów w Rzeszowie. W sposób jak najbardziej obiektywny zrelacjonował owe wydarzenie. Opisał retoryki budowane przez obie partie polityczne, które opatrzył uszczypliwymi wtrąceniami. Tytuł świetnie współgra z zakończeniem artykułu, które jest klamrą kompozycyjną całej treści. Pewne zastrzeżenia może budzić język wykorzystany przez Warzechę w artykule. Niektóre z określeń mają charakter pejoratywny, negatywny np. słowo Naczelnik” określające Jarosława Kaczyńskiego. Być może pewnego rodzaju zaczepne sformułowania zostały wykorzystane, by prześmiewczo przedstawić działania podejmowane przez obie partie polityczne. Niemniej jednak artykuł wart jest uwagi odbiorców, ze względu na rzetelne oraz wyczerpujące przedstawienie opisywanego tematu. 

kryterium prawdy: 1/1

kryterium obiektywizmu: 1/1

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1

kryterium szacunku i tolerancji: 0,8/1

kryterium zasadności tytułu: 1/1

Ocena: 4,8/5

Obraz max_gloin z Pixabay

Witold Jurasz o metodach tortur na Białorusi

Witold Jurasz o metodach tortur na Białorusi

Jurasz: KGB, czyli tradycja zobowiązuje [KOMENTARZ] – Witold Jurasz prezes Ośrodka Analiz Strategicznych www.oaspl.org, dla Onet z 26.05.2021r.

Link do artykułu: https://wiadomosci.onet.pl/opinie/bialorus-zatrzymanie-romana-protasiewicza-kgb-czyli-tradycja-zobowiazuje/h6dg3vp

O zatrzymaniu opozycyjnego białoruskiego dziennikarza Romana Protasiewicza i jego partnerki Sofii Sapiegii oraz o porównaniach do sowieckich metod przyznawania się do winy pisze w swoim komentarzu dla Onetu Witold Jurasz.

Prorządowe media na Białorusi opublikowały na internetowym komunikatorze „Telegram” nagranie, na którym Roman Protasiewicz przyznaje się do winy, a także informuje o podjęciu aktywnej współpracy z władzami. Podobny wydźwięk miał także następny film, choć z udziałem Sofii Sapiegii, zatrzymanej w tym samym czasie, co białoruski opozycjonista. Jak  zauważa w swojej analizie Witold Jurasz, tak wymuszona przez służby specjalne skrucha Protasiewicza jest całkowicie niewiarygodna. Zarówno dla osób walczących o wolność i demokrację na Białorusi, jak i dla międzynarodowej opinii publicznej. 

Nagrania te nie są w stanie przekonać nikogo do winy zatrzymanych opozycjonistów. Mimo to mają one z punktu widzenia reżimu głęboki sens.  

Autor w dalszej części tekstu powołuje się na zwyczaje panujące w reżimach totalitarnych, czyli na znaną z historii funkcję publicznego przyznawania się do winy. Jednocześnie dziennikarz wskazuje na przydatność tego typu rozwiązania dla dyktatorów władzy komunistycznej. Służby specjalne Białorusi wpisują się w historyczną, choć nie chwalebną tradycję, wiedząc o skuteczności oddziaływania tej metody na opinię publiczną. Witold Jurasz łączy w tym fragmencie zarówno informację i komentarz oraz odnosi się do aktualnej sytuacji za naszą wschodnią granicą. Z punktu widzenia niezorientowanego w temacie czytelnika, taki zabieg może być ryzykowny, niemniej w publicystyce jest on szeroko stosowany i akceptowany.   

Tradycja przyznawania się do winy i składania samokrytyki podczas procesów politycznych wywodzi się jeszcze z czasów sowieckich i była szeroko stosowana w czasach Wielkiego Terroru lat trzydziestych. Skądinąd co do zasady ci, którzy wówczas w nadziei na to, że w zamian za przyznanie się do winy przeżyją, zazwyczaj byli skazywani na karę śmierci.

Kontekst historyczny, o którym przypomina autor, dotyczy przydatności tak uzyskanego przyznania się do winy, zwłaszcza w ramach wykorzystania go na potrzeby pokazowego procesu sądowego i ewentualnego efektu propagandowego. Świadczy to wyraźnie o znajomości tematu i pozwala lepiej zrozumieć czytelnikom rolę, jaką może pełnić zamieszczenie wyżej wspomnianego nagrania z Romanem Protasiewiczem, a także kolejnego, tym razem z jego partnerką w internecie. Dodatkowo możemy dowiedzieć się, dlaczego władzy na Białorusi zależy na takiej, a nie innej narracji wydarzeń:

[…] szansę przeżycia mieli ci aresztowani, którzy się do winy za nic nie przyznawali. Z punktu widzenia procesów politycznych osoba, która się nie przyznawała była bowiem, w odróżnieniu od „skruszonego wroga ludu”, całkowicie nieprzydatna.

Choć w obecnych czasach, gdy dostęp do informacji można uzyskać w różnorodny i często niezależny od mainstreamowych mediów sposób, postępowanie białoruskiego reżimu w opinii dziennikarza ma za zadanie zniechęcić, czy wręcz przestraszyć osoby sprzeciwiające się prezydentowi Aleksandrowi Łukaszence. Witold Jurasz wyraża opinię, że należy interpretować działania służb specjalnych, jako ostrzeżenie dla wszystkich opozycjonistów walczących z reżimem na Białorusi. Dziennikarz pisze o tym wprost:

[…] to z kolei sygnał pod adresem wszystkich opozycjonistów, którzy znaleźli schronienie poza granicami Białorusi – skoro władze gotowe ponieść takie koszty, by dopaść jednego opozycjonistę, to należy się ich bać.

Kolejnym kluczowym elementem dla zrozumienia skandalicznego zatrzymania Romana Protasiewicza, na które wskazuje autor, jest odwołanie się do drastycznych wydarzeń z przeszłości. Dziennikarz objaśnia zaistniałą sytuację, porównując działania służb specjalnych na Białorusi do głośnych akcji ich rosyjskiego odpowiednika. Czytelnicy otrzymują konkretne przykłady i potwierdzenie, że „nieznanych sprawców” zastępują „znani sprawcy.”: 

[…] zabójstwo np. Aleksandra Litwinienki za pomocą substancji radioaktywnych […] Próba zabójstwa Siergieja Skripala, a ostatnio Aleksieja Nawalnego za pomocą broni chemicznej. 

Dziennikarz tłumaczy także czytelnikom, w jaki sposób należy potraktować zatrzymanie Sofii Sapiegii:

Zatrzymanie partnerki Romana Protasiewicza to z kolei sygnał wobec opozycjonistów, że ich rodziny nie są bezpieczne, a przy okazji metoda nacisku na samego Protasiewicza, któremu zapewne KGB sugeruje, że albo się przyzna do wszystkiego, do czego ma się przyznać (a przy okazji poda szczegóły np. finansowania kanału Nexta), albo jego partnerka zostanie pobita lub zgwałcona.

Powyższe autor traktuje jako kolejny dowód na to, że pewne rzeczy się nie zmieniają, a reżimy, takie jak ten na Białorusi, dalej będą kontynuować najgorsze tradycje sowieckich służb.   

Cały komentarz należy potraktować jako dziennikarstwo publicystyczne najwyższej jakości. Spełnia ono rolę wyjaśniania niuansów postępowania władz na Białorusi. Jednocześnie pomaga czytelnikom wcześniej niezorientowanym, zdobyć wiedzę na temat sposobu funkcjonowania reżimów politycznych. Dziennikarz osiąga taki efekt głównie dzięki odwołaniom historycznym i poprzez wynajdywanie podobieństw pomiędzy sowieckim metodami sprawowania terroru oraz obecnymi działaniami władz na Białorusi. Nie zawsze precyzyjne oddzielenie komentarza od faktów ma marginalny wpływ na końcową ocenę. 

kryterium prawdy: 1/1 

kryterium obiektywizmu: 1/1 

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 0.9/1 

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1 

kryterium zasadności tytułu: 0.9/1 

Ocena: 4.8/5

 

fot. Pixabay

Dorota Abramowicz o rodzicach osób niepełnosprawnych

Dorota Abramowicz o rodzicach osób niepełnosprawnych

Dramat rodziców osób niepełnosprawnych. Chciałam dać ogłoszenie, że oddam nerkę, fragment wątroby, cokolwiek, bym mogła pomóc dziecku – Dorota Abramowicz, Dziennik Bałtycki, 18 maja 2021 r.  

Link do artykułu:  https://dziennikbaltycki.pl/dramat-rodzicow-osob-niepelnosprawnych-chcialam-dac-ogloszenie-ze-oddam-nerke-fragment-watroby-cokolwiek-bym-mogla-pomoc-dziecku/ar/c6-15619124

Aleksandra Chodoniuk to matka 18-letniego Szymona, który od urodzenia jest niepełnosprawny. Dziennikarka Dorota Abramowicz relacjonuje, jak wygląda walka samotnej matki o każdy dzień życia syna.  

Dorota Abramowicz spotkała się z nimi już kilka lat temu. Wtedy też Aleksandra Chodoniuk relacjonowała, że nie przespała w pełni żadnej nocy od 14 lat. Jeszcze przed narodzeniem syna kobieta była dziennikarką w “Dzienniku Bałtyckim’’ i “Radiu Gdańsk’’. Dostała się do wojska i w 2001 r. uzyskała stopień podporucznika. Chciała pracować na okręcie Marynarki Wojennej, jednak po wyjściu za mąż skupiła się na rodzinie. Szymon urodził się w 27. tygodniu ciąży. Aleksandra usłyszała od lekarzy tuż po porodzie, że syn umrze, a nawet jeśli przeżyje to będzie potrzebował opieki do końca swych dni.

Szymek cierpi na tzw. duszność jelitową, gdy wzdęty brzuch uciska na serce to chłopak traci oddech, co skutkuje utratą przytomności. Matka chłopaka, gdy rozmawiała z Dorotą Abramowicz w 2016 r., miała jeszcze nadzieję, że jej syn wstanie z wózka inwalidzkiego i zacznie chodzić samodzielnie, jednak dziś nie ma już na to szansy. Jak przyznaje Aleksandra: 

Teraz została mi walka o godną i spokojną śmierć dla mojego syna. Nie chcę, by udusił się swoimi jelitami.

Pandemia koronawirusa spowodowała, że Szymon nie otrzymał wystarczającej opieki medycznej, miał mieć m.in. wykonany pasaż przewodu pokarmowego. Jednak pewnego dnia chirurg bez wpisywania wizyty chłopca do systemu przyjął go na wizytę. Aleksandra dowiedziała się, iż Szymek może cierpieć na chorobę Hirschsprunga. Diagnozowana jest ona już u niemowląt. Polega na tym, że w końcowym odcinku jelita grubego nie ma zwojów nerwowych. Leczenie choroby polega na usunięciu bezzwojowego odcinka jelita. Matka Szymona jest wciąż zbywana przez lekarzy, od jednego usłyszała, że jej synowi niepotrzebna jest diagnostyka.

Matka Szymona znalazła swój sposób na odreagowanie stresu i codziennej walki. Kobieta od wielu lat pisze wiersze, które wkrótce ukażą się w druku, oto jeden z nich: 

To twój obowiązek 

Ja nie mam obowiązków – mówię – 

jeśli coś robię, to tylko z miłości. 

Bez niej nawet nie wstaję z łóżka. 

Moje ciało jest filmem, 

ona mną porusza, we mnie gra

W dalszej części materiału poznajemy 94-letniego Tadeusza Gerstenkorn z Łodzi, który opiekuję się swoją 61-letnią niepełnosprawną córką. Starszy mężczyzna opowiada o swoich zmaganiach: 

Córka nic nie rozumie, nie mówi, nie wyraża jakoś swoich potrzeb, wymaga całkowitej opieki (pielęgnacja, karmienie, obsługa sanitarna – pampersy). Raz na pół roku (czasem trochę dłużej) muszę składać do sądu sprawozdanie z opieki nad nią. […] Mam 94 lata i bardzo trudno mi wykonywać wszystkie opiekuńcze czynności, bo po prostu brak mi sił. Obecnie córka otrzymuje (po moich staraniach) tzw. rentę rodzinną po zmarłej matce-nauczycielce w wysokości 80 proc. nauczycielskiej emerytury, a do tej pory był przez lata tylko bardzo mały zasiłek (jeśli dobrze pamiętam to 150 zł) na osobę niepełnosprawną. Formalnie przysługuje osobie niepełnosprawnej kilkukrotna rehabilitacja (fizykoterapia) na miejscu, w domu. Ale proszę się zapytać rodziców takich osób, ile musiały czynić zabiegów, aby odpowiednie skierowanie otrzymać, a następnie znaleźć zakład, który zgodzi się oddelegować rehabilitanta. W sumie cały czas koszmar!

Matka 25-letniego Kamila z upośledzeniem głębokim – Elżbieta Kowalczyk mówi o szczepieniach przeciwko COVID-19. Kobieta twierdzi, że jednodawkowe szczepienia zorganizowane w majówkę powinny otrzymać właśnie osoby niepełnosprawne. Tymczasem matka Kamila, usłyszała na infolinii, że musi jeździć z synem i szukać odpowiedniego punktu szczepień. Zauważa się w tym zmaganiu poważny problem polskiej służby zdrowia i niewydolności systemu. Matka Kamila obawia się o przyszłość swojego dziecka, gdy jej zabraknie. Kobieta podkreśla, że jej syn może nie dostać się do środowiskowego domu samopomocy, ponieważ nie ma tam miejsc, pojawiają się one dopiero w momencie czyjejś śmierci. Zanim Kamil stał się dorosły, na wolne miejsca w tym domu czekało 60 osób. Elżbieta Kowalczyk opowiada o bardzo poważnym problemie dotyczącym założenia Indywidualnego Konta Pacjenta dla swojego syna: 

Dziecko kończy 18 lat, jest ubezwłasnowolnione i nawet nie mogę bez problemów założyć Indywidualnego Konta Pacjenta – mówi. – Dlaczego? Trzeba założyć mu najpierw maila. To absurd, podobnie jak wymagane podanie jego numeru telefonu. To jest mój telefon, przecież nie będę kupowała specjalnie Kamilowi iPhone ‘a. Koleżanka przysłała mi właśnie informację, że już dwa tygodnie czeka na odpowiedź, by dostać potwierdzenie, że syn ma założone to konto.

Dorota Abramowicz opisuje również przypadki, gdy rodzice niepełnosprawnych dzieci dokonali rozszerzonego samobójstwa: 

Na początku października ub. r. w gminie Mszana Dolna matka zadała siedemnastoletniej niepełnosprawnej córce siedem ciosów nożem, potem usiłowała popełnić samobójstwo skacząc z mostu. Obie przeżyły, matka została zatrzymana. W grudniu 2019 r. na Podlasiu w miejscowości Osipy matka najpierw udusiła poduszką swoją 22-letnią, chorą na zespół Downa córkę, a następnie powiesiła się. Rok wcześniej w Katowicach 55-letnia Bożena W. zabiła swoją 31-letnią niepełnosprawną córkę, potem powiesiła się w łazience.

Bohaterzy reportażu Doroty Abramowicz przyznają, że sami zmagają się z depresją, a ich walka trwa tylko i wyłącznie w trosce o dobro dziecka.  

Dziennikarka powołuje się również na opinię Dariusza Majorka, dyrektor PFRON w Gdańsku, który podaje dane z Narodowego Spisu Powszechnego sprzed dekady, z którego możemy dowiedzieć się, że na samym Pomorzu żyje ok. 190 tys. osób o różnym stopniu niepełnosprawności. Dyrektor PFRON zapytany o liczbę rodziców, którzy opiekują się dorosłymi, niezdolnymi do samodzielnej egzystencji dziećmi, odpowiedział, że takich danych nie ma.  

Materiał Doroty Abramowicz to przykład dziennikarstwa, które zasługuje na wyróżnienie. Problematyka tekstu dotyczy sytuacji osób niepełnosprawnych oraz ich rodziców, więc porusza istotne kwestie społeczne, o których niewiele słyszymy. Dziennikarka wykorzystała również swoje możliwości, aby pomóc niepełnosprawnemu Szymonowi oraz jego mamie. Dorota Abramowicz zgłosiła się do pomorskiego oddziału NFZ z prośbą o wskazanie miejsca, w którym możliwa jest kompleksowa diagnoza i leczenie niepełnosprawnego Szymona. Najgłośniej z całego artykułu wybrzmiewa teoria czarnej dziury z perspektywy osób niepełnosprawnych, które kończą 18 lat. Rodzice zgodnie podkreślają:  

Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy są Czarne Dziury we Wszechświecie, powinien przyjrzeć się sytuacji dorosłych niepełnosprawnych w Polsce – twierdzi mama Szymona. – I nie jest to tylko moja opinia. Rozmawiam też z innymi rodzicami dorosłych, niepełnosprawnych dzieci. Nic nie można załatwić. A jeśli się dziecko ubezwłasnowolni, to załatwić można jeszcze mniej.

Opieka nad niepełnosprawnym dzieckiem to walka, która nie ma końca, a rodzice żyją z ogromną obawą o przyszłość swoich dzieci po swojej śmierci.  

Tytuł materiału jest uzasadniony jego treścią, jednak narzuca postrzeganie w bardzo emocjonalny sposób problemu osób niepełnosprawnych. Dobrze byłoby dać odbiorcy możliwość do samodzielnej oceny i rozważenie opisywanego problemu. Dziennikarka wyraża również jednoznaczną opinię na temat wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który zaostrzył przepisy aborcyjne: 

Oznacza to 60 niepełnosprawnych osób zamkniętych w swoich domach z coraz bardziej starzejącymi się rodzicami. Przez 24 godziny na dobę są skazani na siebie. Można zwariować. A tych dzieci jest coraz więcej. I będzie przybywać jeszcze bardziej po zaostrzeniu ustawy aborcyjnej.

Jest to fragment materiału, w którym dziennikarka nie dochowała zasady pełnego obiektywizmu.  

kryterium prawdy: 1/1 

kryterium obiektywizmu: 0,9/1 

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1 

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1 

kryterium zasadności tytułu: 0,9/1 

Ocena: 4,8/5 

fot. Pixabay