Tomasz Wojtas o proteście LGBT

Tomasz Wojtas o proteście LGBT

Tomasz Wojtas, Bohaterka zdjęcia z protestu LGBT była agresywna. Szefowa „Faktu”: fotografia niezwykle wymowna, relacja rzetelna, wirtualnemedia.pl z dnia 11.08.2020

 

W reakcji na aresztowanie aktywistki LGBT Margot w Warszawie i zatrzymanie innych osób uczestniczących w tym wydarzeniu, w kolejnych dniach zorganizowano kolejne protesty. Zwracano w nich uwagę głównie na brutalność policji i użycie przez nią nieadekwatnych środków. Tomasz Wojtas w swoim artykule stara się pokazać dwie strony medalu tej sytuacji, a konkretniej materiału prasowego gazety „Fakt”. Rozpoczyna od opisu zarówno okładki jak i strony z artykułem, które mają wyraźny wydźwięk negatywny w stosunku do policji poprzez użycie takiego, a nie innego kadru wraz z napisem „Julia przyszła krzyczeć o prawach mniejszości. Nie bez znaczenia było także zestawienie tych elementów z komentarzem wice naczelnego „Faktu” Marcina Kowalczyka zatytułowanym „znów nas dzielą” i wizerunkami polityków związanych z partią PiS.

W dalszej części autor zwraca jednak uwagę na agresywne zachowanie kobiety ze zdjęcia, podkreślając ten fakt przywołaniem posta opublikowanego przez policję na Twitterze zawierającego materiał filmowy, który przedstawia nagrane sceny z protestu, jak i wypowiedzi osób stawiających pod znakiem zapytania przekaz medialny „Faktu”:

– Marcin Makowski z „Do Rzeczy”: „Julia przyszła krzyczeć o prawach mniejszości”. Również Julia do policji:”K***y, faszysci. K****y, nie ludzie”, „Raz, dwa, trzy, j***ć psy”, „J***y tchórz. Odsłoniłbyś mordę, bo koronawirus to najmniejszy wstyd, który może ci się przytrafić”
– Marzena Paczuska, do niedawna członek zarządu Telewizji Polskiej: „Jutro w Fakcie po tej kłamliwej jedynce zrównacie @PolskaPolicja z białoruską, tak? A dzisiaj na informację na jedynce o manifestacjach na Białorusi, nie starczyło nawet cm? Bo z agresywnej baby trzeba pilnie męczennicę zrobić…”
– Marcin Wikło, wPolityce.pl: ”Pani Julia tak pięknie krzyczała, a ta zła policja powaliła ją na glebę. Takimi bredniami nakręca się spiralę nienawiści”. – Odpychające. Czy taka manipulacja Faktu mnie dziwi? Nie. Ale uważam, że trzeba reagować za każdym razem. Nigdy nie można okazać bezsilności, bo wlezą nam na głowy. A policji należy dziękować, że nie wybierając żadnej ze stron dba o przestrzeganie prawa.”

Następnie Wojtas oddaje głos redaktor naczelnej „Faktu” Katarzynie Kozłowskiej, aby ustosunkowała się do zarzutów o stronniczość przedstawienia materiału.
Argumentuje ona między innymi, że:

„to zdjęcie to nie problem Faktu, tylko władzy, która igra z nastrojami społecznymi, podpalając Polskę. Władzy, która ciężko pracuje na to, by kraj o wielkich pokładach „konserwatywnej tolerancji ludowej”, na zdjęciach prezentował się jak najbardziej opresyjny reżim”.

Kozłowska podkreśla również, że w artykule zwrócono uwagę nie tylko na agresję policji, ale również Julii:

„W relacji z zajść zamieszczonej wewnątrz numeru zaznaczono w lidzie, że „niektórzy działacze zachowywali się agresywnie”, a na zdjęciu widać, jak kobieta obezwładniona potem przez funkcjonariusza wskakuje na policyjny samochód.”

Podsumowuje zaistniałą sytuację w szerszym kontekście wyliczając kolejno jej etapy :

„1) W kampanii wyborczej politycy sięgają po hasła godzące w mniejszości (m.in. seksualne), wzmacniając polaryzację społeczną. 2) Młodzi aktywiści odpowiadają happeningami. 3) Policja zatrzymuje, a sąd aresztuje działaczkę [w zasadzie wyraża zgodę na aresztowanie – red. DD] – a okoliczności tych działań dają przyzwolenie na uruchomienie wobec tej osoby lawiny kpin i niehumanitarnych komentarzy odnoszących się do poczucia tożsamości tej osoby itd. 4) Młodzi aktywiści wzmagają protesty, a władza zamiast dialogu, uruchamia policję, która zatrzymuje kilkadziesiąt osób”.

Tomasz Wojtas prezentuje rzetelny opis sytuacji, która jest obecnie silnie komentowanym tematem w mediach. Cechuje go obiektywizm, gdyż każda ze stron otrzymała proporcjonalną możliwość wypowiedzi. Autor, oprócz prezentowanych odmiennych stanowisk, przedstawia suche fakty, stroniąc od zamieszczania swojego komentarza. Pozostaje bezstronny wobec podjętego przez niego tematu, nie krytykuje bezpodstawnie żadnej ze stron.

Według nas jednak warto byłoby jedynie doprecyzować informacje zawarte w następującym zdaniu: „Natomiast już w sobotę w social media pojawiło się zdjęcie, na którym ta kobieta ostro dyskutuje z postronnym mężczyzną, w pewnym momencie nazywa go „zarazą” – brakuje naszym zdaniem linka do tego materiału.

 

Konkludując,
Kryterium prawdy: 0,9/1
Kryterium obiektywizmu: 1/1
Kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1
Kryterium szacunku i tolerancji: 1/1
Kryterium zasadności tytułu: 1/1
Łączna ocena: 4,9/5

Klaus Bachmann o Polsce niepodzielonej

Klaus Bachmann o Polsce niepodzielonej

JuKlaus Bachmann, „Polska nie jest podzielona”, Tygodnik Powszechny z dnia 20 lipca 2020

 

Kilka ostatnich miesięcy w polskich mediach upłynęło pod znakiem wyborów prezydenckich. Wraz z ogłoszeniem wyników, co oczywiste, pojawiło się wiele powyborczych emocji. Jednak oprócz tych tradycyjnych – związanych z wygraną, jak i przegraną, w społeczeństwie zapanowała atmosfera podziału. Linia przedstawiająca podział poparcia dla różnych kandydatów, zdawała się dzielić nasz kraj na pół – Polskę A i B. Naprzeciw takim stwierdzeniom wychodzi w swoim artykule Klaus Bachmann, pokazując że nie jesteśmy tak głęboko podzielonym narodem, jak mogłoby nam się wydawać. Powyższy artykuł został uznany za przykład dobrego dziennikarstwa z kilku powodów.

Po pierwsze: autor tekstu przytacza wiele rzeczowych argumentów, które stanowią poparcie jego słów. Wskazuje on szereg sytuacji, które z pozoru mogą wydawać się wyznacznikami podziału i wyjaśnia, dlaczego tak nie jest. Prawidłowa argumentacja oddzielona od własnych opinii, jest z pewnością ważnym wyznacznikiem dobrego dziennikarstwa.

Wśród tych, co głosują, podział ujawnia się raz na cztery-pięć lat – podczas wyborów […] To też jest problem, ale z podziałami nie ma wiele wspólnego, bo ten podział trwa tyle, co kampania.

Po drugie: w artykule problem zanalizowany jest w sposób pogłębiony aby pokazać że nie jest on tak powierzchowny i oczywisty, jak często przedstawiają go media. Autor rozkładając dane założenie na części pierwsze, przeprowadza czytelnika przez kolejne etapy i pozwala zrozumieć jego genezę. Poza odrzuceniem tezy o dogłębnym podziale naszego społeczeństwa, dziennikarz wskazuje także, że prawdziwy problem leży zupełnie gdzie indziej.

Po wyborach bowiem, jak pisał „Newsweek”, „połowa Polaków będzie w stanie euforii, a połowa w stanie głębokiej żałoby”.Tak wcale nie jest. Polska nie jest podzielona bardziej niż wcześniej, a tam, gdzie istnieją podziały, wcale nie przebiegają one tylko wzdłuż linii PiS–anty-PiS. Problem polega na czymś innym: na braku zaufania w życiu publicznym i na ustroju, który sprzyja radykalnym rozwiązaniom i ogranicza pole do rozsądnych kompromisów

Po trzecie: w tekście dziennikarza widoczna jest wiedza o ustrojach politycznych i historii zarówno Polski, jak i innych państw. Odwoływanie się do przeszłości lub do sytuacji politycznej w innych państwach, pozwala czytelnikowi porównać realia Polskie z tymi zagranicznymi i wyciągać wnioski, co tworzy szerszy obraz całej sytuacji.

Krajami z trwałym i głębokim podziałem sięgającym dalej niż tylko ostatnie wybory są USA i Wielka Brytania. Istnieje w nich zabetonowany od wielu pokoleń system dwóch partii, które nigdy (nawet w czasie największych zagrożeń i kryzysów) nie zawiązały koalicji i które odzwierciedlają głębokie społeczne antagonizmy sięgające nawet kilkuset lat wstecz. 

Pewnym zastrzeżeniem co do tekstu jest pojawienie się kilku komentarzy autora, które oceniają pewne postawy lub sytuacje przez pryzmat jego własnych poglądów. Są to jednak niewielkie wtrącenia, które w większości oddzielone są od informacji – stąd nieco niższa ocena w kryterium obiektywizmu i oddzielenia informacji od komentarza. Co do zasadności tytułu – wskazuje on na brak podziałów w Polsce, kiedy z tekstu wynika, że podziały te istnieją, tylko są mniejsze oraz że poważniejszy problem leży gdzie indziej.

Podsumowując, autor swoim artykułem normalizuje pewne podziały pojawiające się w społeczeństwie, wskazując na to że nie ma kraju, w którym się one nie tworzą – szczególnie na płaszczyźnie takiej jak polityka. Dodatkowo uświadamia on, że tworzenie utopijnych wizji społeczeństwa bez konfliktów, może być w ostateczności groźniejsze, niż te konflikty. Takie zakończenie artykułu skłania czytelnika do pewnych przemyśleń, a być może nawet do przewartościowania swoich poglądów i spojrzenia na sytuację w naszym kraju inaczej niż dotychczas.

Problem nie polega na tym, że Polska jest „głęboko podzielona”, tylko na tym, że nie potrafi żyć z relatywnie umiarkowanym i raczej symbolicznym podziałem, że jej obywatele i instytucje, zamiast zarządzać konfliktami, marzą o bezkonfliktowym świecie bez kompromisów i bez podziałów, co również oznacza: bez przeciwników. A marzenia o tym, że kiedyś zniknie ten drugi obóz, ta Polska A lub B, oraz ci, co nie myślą tak samo jak „my” – są groźniejsze niż jakiekolwiek trwałe i głębokie podziały.

Podsumowanie i ocena: 4,6/5 

  • kryterium prawdy: 1/1
  • kryterium obiektywizmu: 0,8/1
  • kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 0,9/1
  • kryterium szacunku i tolerancji: 1
  • kryterium zasadności tytułu: 0,9/1
Tomasz Żółciak o środowisku LGBT

Tomasz Żółciak o środowisku LGBT

Tomasz Żółciak „Kampania się kończy, emocje zostają” Dziennik Gazeta Prawna z dnia 10 sierpnia 2020 r.

 

W ostatnich kilku miesiącach temperatura debaty publicznej w Polsce wciąż wzrasta. Jej skok początkowo związany był głównie z wyborami prezydenckimi, które pokazały, że polskie społeczeństwo jest bardzo podzielone, jak i z kontrowersjami wokół działań państwa w stosunku do osób LGBT. Kiedy partia rządząca ,jeszcze podczas kampanii wyborczej, formułowała wykluczające i agresywne wypowiedzi względem tej grupy, jej przedstawiciele zawarli szeregi w obronie swoich praw. Mimo późniejszych załagodzeń sytuacji ze strony prawicy, przedstawiciele LGBT nie byli skłonni zapomnieć o wcześniejszych atakach słownych. O tym problemie pisze Tomasz Żółciak w swoim artykule pt.”Kampania się kończy, emocje zostają”. Wyróżniliśmy go, ponieważ bardzo obiektywnie opisuje zaistniałą ostatnio w Polsce sytuacje, unikając bezrefleksyjnego stawania po którejś ze stron – raczej widać tu opinię autora, który stara się zrozumieć pewne zachowania:

Podobnie jest z efektami minionej kampanii wyborczej a właściwie całego dwuletniego maratonu. Ataki na środowisko LGBT w pewnym momencie były na tyle ostre, że PiS musiał zrobić krok wstecz i złagodzić retorykę. Raczej nie dlatego, że kogoś ruszyło sumienie, lecz z powodu widma przegranej. Także opozycja podkręcała atmosferę zagrożenia dla osób nieheteronormatywnych. […] Ale w społeczeństwie pewne emocje i przekonania, miesiącami konsekwentnie wpajane przez polityków, zostają. Podanie sobie rąk w pałacu czy pacyfistyczne apele córki prezydenta wcale tego nie przetną.

Autor zmierza do tego, że pomimo praw jakie posiadają osoby LGBT, tego, że należy im się szacunek i tolerancja, nie powinny one jednak wykorzystywać tego jako pretekstu do działań o charakterze wandalizmu. Kiedy zaś takowe mają miejsce, nie powinny one również dziwić się i sprzeciwiać władzom za karanie ich. W tym miejscu autorowi tekstu należą się pochwały za wyrażenie bardzo obiektywnej opinii. Zaznacza on, iż owszem osoby LGBT zasługują na szacunek i mają prawo poczuć się urażone przez polityków aczkolwiek nie powinni działać przeciwko ogólnym zasadom prawidłowego zachowania (współżycia społecznego).

Aktywiści LGBT, którzy mają prawo czuć się dotknięci i obrażeni działaniami polityków, niestety zaczynają sięgać po radykalne metody, nie biorąc pod uwagę, że są one kontrskuteczne dla ich sprawy.

I ponownie wyraz obiektywizmu pojawia się w kolejnej wypowiedzi Żółciaka, ponieważ dodaje on, że owszem państwo ma prawo egzekwować złe zachowania aktywistów LGBT ale nie powinno z kolei uciekać się do nadużywania swojej władzy.

Symbol tęczy i stojące za nią wartości ruchu LGBT nie mogą być usprawiedliwieniem dla zwykłej chuliganerki, a wyroki sądów należy szanować nawet jeśli komuś się nie podobają. Państwo musi mieć możliwość ich egzekwowania, ale jednocześnie nie powinno nadużywać tej siły.

Nawiązywał tutaj do wydarzenia, które miało miejsce na Krakowskim Przedmieściu a związane było z protestem osób LGBT i sprawą aresztowania jednej z aktywistek, gdzie policjanci nie zachowali się właściwie i dopuszczali się łapanek ludzi. Ponadto, autor zaznacza, że zachowania polityków są martwiące, gdyż nie pokazują chęci wycofania się z tej podbramkowej sytuacji. Trafnie mówi o tym, że niedługo Polska będzie nazywana (zaznacza, że być może niesłusznie) państwem homofobicznym. A wypowiedzi władz sugerujące, że problem związany z aktywistami LGBT nie jest głównym problemem narodu, mogą być nieco nieprawdziwe ponieważ wszystko wygląda na to, że kraj żyje tymi zdarzeniami. Nie powinno się lekceważyć tego kłopotu ponieważ jest on obecnie na tyle istotny, iż brak jakichkolwiek załagodzeń będzie prowadził do coraz większych kontrowersji. Tutaj autor sugeruje, że prezydent Polski Andrzej Duda powinien zainicjować działania mediacyjne.

Podsumowując należy stwierdzić, że oceniany artykuł rzetelnie i bez emocji podchodzi do opisywanej rzeczywistości. Dotyczy on obecnie dziejących się wydarzeń, a jego podstawą jest obiektywizm. Autor próbuje podejść do problemu bardzo konstruktywnie – neguje niewłaściwe zachowania państwa względem aktywistów LGBT, ale z drugiej strony też stara się pokazać, że niestety czasem przekraczają oni pewne dozwolone granice. Uważa też, że niektóre działania władz są przesadzone – przyznaje rację władzom odnośnie karania ale mówi o tym, iż nie powinni swojej siły nadużywać. Zdroworozsądkowo przyznaje, że problem ten powinien być załagodzony a nie traktowany obojętnie, ponieważ wówczas frustracja wśród części społeczeństwa może wciąż wzrastać. Informacje w artykule są przemyślane i rzetelnie przekazane bez użycia zbędnych komentarzy. Autorowi serdecznie gratulujemy dobrego artykułu!

Kryterium prawdy: 1/1
Kryterium obiektywizmu: 1/1
Kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1
Kryterium szacunku i tolerancji: 1/1
Łączna ocena: 5/5

Piotr Szymaniak o reformie prawa karnego

Piotr Szymaniak o reformie prawa karnego

Piotr Szymaniak „E-kajdanki w dobie koronawirusa. Skazani coraz częściej zostają w domach.” Dziennik Gazeta Prawna, 5 sierpnia 2020 r.

 

Czas pandemii zmienił funkcjonowanie wielu ludzi jak i samego państwa. Mimo paraliżu i zamrożenia sądów wprowadzone zostały zmiany przepisów dotyczące uelastycznienia katalogu skazanych mogących odbyć swoją karę w domach. Sądy penitencjarne, pomimo panującej sytuacji związanej ze stanem epidemiologicznym w kraju, sprawnie i na bieżąco rozpatrywały wnioski o odbywania kary w Systemie Dozoru Elektronicznego. Artykuł Piotra Szymaniaka „E-kajdanki w dobie koronawirusa. Skazani coraz częściej zostają w domach” z dnia 05.08.2020 r. odwołuje się do bieżącej sytuacji związanej z reformą prawa karnego oraz opisuje zmiany, które zostały dotychczas wprowadzone.

W pierwszej kolejności warto zauważyć, że autor od samego wstępu wprowadza czytelników w kontekst, który jest obecnie bardzo istotny w odniesieniu do kwestii prawnych oraz ustaw związanych z polskim więziennictwem. Autor przedstawia dotychczasowe przepisy, które dopuszczały możliwość by skazany na karę poniżej roku pozbawienia wolności mógł ubiegać się o areszt domowy. Tymczasem, jak tłumaczy Szymaniak, katalog skazanych, którzy mogą odbywać karę w warunkach domowych rozszerzyła się, a to za sprawą zmiany treści jednego z artykułów kodeksu karnego. Dzięki przejrzystemu przedstawieniu obecnej sytuacji w naszym kraju związanej z prawem penitencjarnym, dziennikarz daje komfort swojemu czytelnikowi, który może bezproblemowo zrozumieć cały kontekst czytanego artykułu. Co więcej, autor dokładnie tłumaczy na czym polegają wprowadzane zmiany. To powoduje, że tekst staje się przejrzysty i zrozumiały dla przeciętnego odbiorcy.

Przez lata z tej opcji korzystały jedynie osoby, którym wymierzono karę nieprzekraczającą roku pozbawienia wolności. Kiedy w końcu w ramach tzw. dużej reformy prawa karnego zmieniono również treść art. 43la kodeksu karnego wykonawczego, podwyższając górną granicę do półtora roku więzienia, prezydent odesłał ustawę do Trybunału Konstytucyjnego.

O tym, że wszystko wraca do normy, świadczy też duża liczba tzw. rezerwacji, których jest ponad 1,1 tys. Polega to na „zaklepaniu” miejsca w systemie przez sąd penitencjarny, który przystępuje do rozpoznania wniosku skazanego, na wypadek gdyby decyzja była dla niego pozytywna.

Po drugie, Szymaniak w swoim artykule przedstawia fakty dotyczące reform wprowadzanych wcześniej w polskim więziennictwie. Jasno opisuje proces zmian ustaw oraz tego, jak prawo dotyczące tej sfery dotychczas funkcjonowało. Co więcej, odnosi się także do panującej sytuacji epidemiologicznej oraz wymienia trudności z niej wynikające (ograniczenie pracy kuratorów sądowych). Przedstawia konkretne liczby sugerujące rzetelność artykułu oraz prezentuje dobrą znajomość opisywanego przez niego środowiska. Potwierdza to między innymi wyjaśnienie czytelnikowi czym zajmuje się System Dozoru Elektronicznego (SDE):

„Zajmują się one m.in. preinstalacjami, czyli sprawdzaniem warunków technicznych niezbędnych do tego, by skazany mógł odbywać pod wskazanym adresem karę (…)”

„Osób, które spełniają wymogi formalne do odbycia kary w SDE, jest ponad 37 tys., z czego ponad 13 tys. przebywa w aresztach śledczych i zakładach karnych, a pozostali oczekują na wykonanie kary (stan na 31 stycznia 2020 r.)”

„Tradycyjnie najchętniej korzystają z tej formy kary sądy apelacji katowickiej (1954 zgód w 2020), wrocławskiej (1543) i poznańskiej (1522). Na drugim biegunie są Szczecin (736), Warszawa (715) i Rzeszów (tylko 315)”

Wiarygodność treści artykułu potwierdza wypowiedź dyrektora biura dozoru elektronicznego w Służbie Więziennej, gen. Pawła Nasiłowskiego, a także Krzysztofa Kwiatkowskiego – byłego ministra sprawiedliwości, co dodaje rzetelności oraz zwiększa uczciwość prezentowanych danych:

Obecnie systemem objęte są 4562 osoby, z czego 137 to te skazane na karę przekraczającą rok pozbawienia wolności (…)

W ogóle mimo trwającego kilka tygodni zamrożenia sądów akurat sądy penitencjarne sprawnie i na bieżąco rozpatrywały wnioski o odbywania kary w SDE. W najtrudniejszym okresie liczba osób objętych systemem w ciągu doby była niższa od średniej tylko o 400– dodaje Nasiłowski.

 

Zamykanie w zakładach karnych sprawców drobnych przestępstw, a już szczególnie przestępców alimentacyjnych, jest przeciwskuteczne, dlatego trzeba jak najszerzej stosować system, który pozwala na wykonywanie kary z możliwością zarobkowania. To jest o wiele tańsze i przynosi świetny efekt resocjalizacyjny – pointuje Kwiatkowski.

Szymaniak w swoim artykule prezentuje bezstronność wobec podjętego przez niego tematu. W artykule nie pojawia się żadne słowo, które można uznać za nieuzasadnioną krytykę bądź brak szacunku czy tolerancji w stosunku do osób, których dotyczy omawiana przez niego sprawa. Porusza temat polskiego więziennictwa, nie oceniając słuszności dokonywanych zmian. Nie krytykuje ani nie ocenia słuszności proponowanych zmian w polskim więziennictwie. Reprezentuje dobrą znajomość omawianej przez niego sprawy, o czym świadczy dokładne wyjaśnienie zachodzących zmian prawnych, przedstawianie statystyk, które potwierdza dyrektor biura dozoru elektronicznego w Służbie Więziennej, a także przejrzyste wprowadzenie czytelnika w możliwie nieznane mu wcześniej pojęcia.

Jedną z kwestii, które można uznać za minus pojawiający się w tym artykule jest brak dostępu do źródeł danych, z których korzystał Piotr Szymaniak. Dostęp do tych informacji, w naszym przekonaniu, jeszcze bardziej uwiarygodniłby prezentowane przez dziennikarza treści. Co więcej, czytelnik miałby większą możliwość zapoznania się z omawianymi w artykule statystykami, co poskutkowałoby, jeszcze większą wiarygodnością oraz uczciwością autora.

Podsumowując,
kryterium prawdy: 0,8/1
kryterium obiektywizmu: 1/1
kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1
kryterium szacunku i tolerancji: 1/1
kryterium zasadności tytułu: 1/1
Razem: 4,8/5. Gratulujemy!

Sebastian Stodolak o fake newsach

Sebastian Stodolak o fake newsach

Sebastian Stodolak, „Miliony w fake newsach. Oto jak kłamstwo pomaga wygrać w wyborach”, Dziennik Gazeta Prawna z dnia 20 września 2019 r.

 

W debacie publicznej zjawisko dezinformacji towarzyszy nam od kilku tysięcy lat, jednak szczególnym zainteresowaniem od niedawna cieszy się problem fake newsów. Posługują się nim internauci, naukowcy, a nawet politycy. Niezwykle rzadko spotykaną postawą jest jednak próba przeanalizowania genezy zjawiska i wskazania „winnych” jego rozpowszechnienia. Chcieliśmy z tego powodu wyróżnić tekst Sebastiana Stodolaka, który zawiera pogłębioną analizę problemu przy zachowaniu bezstronnego stanowiska.

Po pierwsze, dziennikarz w swoich rozważaniach nie staje pod żadnej ze stron politycznego sporu – zarówno prawicy, jak i lewicy stawia zarzut posługiwania się fake newsami. Wskazuje też na nieumiejętność spojrzenia odbiorców na problem w sposób całościowy i obiektywny:

Ubolewa się nad upadkiem obyczajów przejawiającym się w cynicznym wojowaniu nieprawdą – oraz, oczywiście, szuka się winnych. Tych widzi się w zależności od miejsca siedzenia. Prawa i lewa strona na przemian zarzucają sobie szerzenie kłamliwych rewelacji, podrzucanie ich mediom czy tworzenie ferm trolli.

 

Jeśli chodzi o politykę, nasza tolerancja na kłamstwo zależy od tego, kto oszukuje. Jeśli to nasz ulubiony polityk, to właściwie nie kłamie. Tylko mija się z prawdą, a właściwie to myli się, co jest rzeczą ludzką, a robi to być może, a nawet na pewno, niechcący.

Po drugie, autor wykazuje się cywilną odwagą i profesjonalizmem aby to właśnie grupę zawodową, do której należy wskazać jako odpowiedzialną za uczynienie z fake newsów modelu biznesowego. Pomimo lekko ironicznego tonu, w którym to czyni, jego teza poparta następnie przykładami z historii zasługuje na uznanie.

A skąd to się wzięło? Cóż, jako przeciwnik odpowiedzialności zbiorowej nie zakrzyknę: „Dziennikarze, bijmy się w piersi, bo to nasza wina!”, ale to prawda: fake newsy jako model biznesowy są zasługą prasy. (…) Fake newsy po prostu wydatnie służą zwiększaniu bazy odbiorców.

Po trzecie, warto zwrócić uwagę na edukacyjny wymiar omawianego materiału. Oprócz wykorzystania fake newsów w różnych dziedzinach np. nauki, autor przekazuje w swoim tekście również podstawową wiedzą z zakresu medioznawstwa dotyczącą danego zjawiska. Dzięki przystępnemu językowi naukowe definicje i ustalenia stają się zrozumiałe dla osób, które na co dzień nie zajmują się tematyką mediów.

Jedną z nich jest deepfake: komputerowe algorytmy potrafią stworzyć – i to w czasie rzeczywistym – spreparowane obrazy, na których konkretna osoba mówi rzeczy, których nigdy nie powiedziała. Pewnie niedługo zobaczymy filmiki, na których papież Franciszek ogłasza, że Boga jednak nie ma, (…).

 

Fake newsy zyskały już naukową typologię. Stworzyli ją w 2017 r. medioznawcy Edson C. Tandoc, Zheng Wei Lim i Richard Ling z Uniwersytetu Technologicznego Nanyang w Singapurze. W artykule „Definiując fake newsy” dzielą je na sześć kategorii: satyra informacyjna, parodia informacyjna, fabrykacja, manipulacja, reklamy i propaganda.

Po czwarte, autor w swoim tekście kilkukrotnie powołuje się na wyniki badań, co pozytywnie wpływa na ocenę jego wiarygodności. Ponadto, wnioski płynące z przytoczonych prac badawczych wskazują również na inne niż zaprezentowane w artykule tezy, co tym bardziej świadczy o rzetelnym podejściu autora do zebranych w danym temacie informacji.

Ekonomiści Hunt Allcott i Matthew Gentzkow z Uniwersytetu Stanforda w pracy „Media społecznościowe i fake newsy w wyborach z 2016 r.” przekonują, że wpływ fejków na politykę może być wyolbrzymiony.

 

Z badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Stanforda wynika, że aż 8 proc. dorosłych wierzy bezkrytycznie we wszystko, co brzmi „w miarę wiarygodnie i odpowiada ich wyobrażeniom na temat politycznych szwarccharakterów oraz bohaterów”.

Podsumowując, artykuł warto przeczytać aby zdobyć spory zasób wiedzy na temat historii i kontekstów stosowania fake newsów bez obawy, że przy tej okazji zostanie nam narzucona określona narracja lub interpretacja. Nie znaleźliśmy ani w tytule, ani w tekście artykułu podstaw dla odjęcia punktów, dlatego naszych Czytelników zapraszamy do lektury i składamy gratulacje Autorowi!

Podsumowując:

kryterium prawdy: 1/1

kryterium obiektywizmu: 1/1

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1

kryterium zasadności tytułu: 1/1

fot. Kayla Velasquez/Unsplash

Piotr Zaremba o aferze w Ministerstwie Sprawiedliwości #EMIgate

Piotr Zaremba o aferze w Ministerstwie Sprawiedliwości #EMIgate

Piotr Zaremba, „Ziobro postawił na marnych ludzi, ale to Kaczyński jest autorem wojny z sędziami”, Dziennik Gazeta Prawna z dnia 30 sierpnia 2019 r.

 

Niełatwo było znaleźć rzetelny materiał dziennikarski dotyczący ostatniej afery w Ministerstwie Sprawiedliwości. Przypomnijmy, że chodzi o oskarżenie Łukasza Piebiaka o udział w operacji dyskredytowania polskich sędziów, którzy ostro protestowali przeciwko zmianom w wymiarze sprawiedliwości wprowadzanym przez PiS. Po dymisji wiceministra sprawiedliwości, wydawać by się mogło, że media bliższe obozowi władzy zapomniały o sprawie, uważając ją za zamknięta. Z drugiej jednak strony usłyszeć można bardzo donośne żądania dymisji Zbigniewa Ziobry. Kogo spotkaliśmy pośrodku tych dwóch, radykalnych stanowisk? Piotra Zarembę. Chcielibyśmy niniejszym zachęcić naszych Czytelników do zapoznania się z jego tekstem pt. „Ziobro postawił na marnych ludzi, ale to Kaczyński jest autorem wojny z sędziami”, opublikowanym dzisiaj na łamach Dziennika Gazeta Prawna. Materiał został wyróżniony z następujących względów:

Po pierwsze, temat ostatniej afery został w tekście przeanalizowany w pogłębiony sposób. Autor nie ogranicza się do przedstawienia faktów opatrzonych kąśliwymi komentarzami, lecz rozważa nad możliwymi przyczynami powstałej sytuacji i źródłami konkretnych działań politycznych wymienionych w artykule osób. Wnikliwe uwagi dziennikarza rzucają na sprawę nowe światło oraz skłaniają do głębszej refleksji nad mechanizmami stojącymi za poczynaniami polityków.

Po drugie, autor wykazuje się bezstronną postawą, ponieważ jednocześnie jest w stanie wskazać na możliwość zamieszania Zbigniewa Ziobry we wspomnianą na początku aferę:

Czy Ziobro wiedział o grupie hejterów w ministerstwie? Wątpliwe, aby o niej nie słyszał, skoro Łukasz Piebiak obiecywał hejterce MałejEmi (to tylko jeden z jej sieciowych nicków) ucieszenie szefa.

A z drugiej strony w pewnym sensie staje w jego obronie, wskazując na mniej oczywiste kwestie stojące za jego wizerunek politycznym, a nawet przedstawiając jego pozytywne wymiary jego działań:

 ale to z Ziobry robiono w szeptanej propagandzie czarnego luda, odgromnika, złego sługę, który psuje dobre intencje obozu. Zwalono na niego także np. ustawę o IPN, wprowadzającą nas w stan dyplomatycznej wojny z Izraelem. Owszem, to jego ludzie ją napisali, ale decyzję, aby nagle wprowadzić ją do porządku obrad Sejmu, podjął Kaczyński.

Ziobro nie ma na swoim koncie samych brzydkich sprawek. Wprowadził przydział spraw w sądach w trybie losowania czy zaostrzył odpowiedzialność komorników za uchybienia.

Po trzecie, autor celem zaprezentowania wieloaspektowości sprawy przywołuje opinie różnych środowisk i komentatorów. Na uznanie zasługuje przedstawienie stanowisk zarówno ze strony opozycji, jak i osób stojących po drugiej stronie sporu politycznego:

Opozycja podkreśla współodpowiedzialność Kaczyńskiego za politykę, której finałem była zorganizowana hejterska grupa w resorcie sprawiedliwości.

Z kolei na prawo od liberalnej lewicy pobrzmiewa sugestia, formułowana po raz kolejny, że obóz rządzący musi zdecydować, czy chce być nadal wprowadzany na miny przez drapieżne środowisko Ziobry, które zmonopolizowało politykę prawicy wobec wymiaru sprawiedliwości – tak pisał Rafał Ziemkiewicz, pytał o to Antoni Dudek

Po czwarte, swoją bezstronność dziennikarz udowadnia kierując zarzuty nie tylko wobec Jarosława Kaczyńskiego, ale także względem środowiska sędziów:

Skądinąd sędziowie też grywali znaczonymi kartami. Pomysł, że sądy przypiszą sobie uprawnienia do badania zgodności przepisów z prawem – polskim lub europejskim – jest sprzeczny z naszą tradycją prawną. Wymagałby przynajmniej poważnej ustrojowej debaty, a nie sięgania po prawo kaduka.

Pewne wątpliwości budzi w nas jedynie sposób sformułowania tytułu. Przedstawienie osób używając wyłącznie ich nazwisko może sprawiać wrażenie braku szacunku. Możemy jednak przypuszczać, że decyzja o takim skróceniu tytułu celem jego uatrakcyjnienia nie zawsze pozostaje w gestii autora materiału.

Podsumowując:

kryterium prawdy: 1/1

kryterium obiektywizmu: 1/1

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1

kryterium zasadności tytułu: 0,5/1

 

Zdjęcie główne: Zbigniew Ziobro, Fot. Flickr/KPRM/P. Tracz