Sebastian Stodolak o fake newsach

Sebastian Stodolak o fake newsach

Sebastian Stodolak, „Miliony w fake newsach. Oto jak kłamstwo pomaga wygrać w wyborach”, Dziennik Gazeta Prawna z dnia 20 września 2019 r.

 

W debacie publicznej zjawisko dezinformacji towarzyszy nam od kilku tysięcy lat, jednak szczególnym zainteresowaniem od niedawna cieszy się problem fake newsów. Posługują się nim internauci, naukowcy, a nawet politycy. Niezwykle rzadko spotykaną postawą jest jednak próba przeanalizowania genezy zjawiska i wskazania „winnych” jego rozpowszechnienia. Chcieliśmy z tego powodu wyróżnić tekst Sebastiana Stodolaka, który zawiera pogłębioną analizę problemu przy zachowaniu bezstronnego stanowiska.

Po pierwsze, dziennikarz w swoich rozważaniach nie staje pod żadnej ze stron politycznego sporu – zarówno prawicy, jak i lewicy stawia zarzut posługiwania się fake newsami. Wskazuje też na nieumiejętność spojrzenia odbiorców na problem w sposób całościowy i obiektywny:

Ubolewa się nad upadkiem obyczajów przejawiającym się w cynicznym wojowaniu nieprawdą – oraz, oczywiście, szuka się winnych. Tych widzi się w zależności od miejsca siedzenia. Prawa i lewa strona na przemian zarzucają sobie szerzenie kłamliwych rewelacji, podrzucanie ich mediom czy tworzenie ferm trolli.

 

Jeśli chodzi o politykę, nasza tolerancja na kłamstwo zależy od tego, kto oszukuje. Jeśli to nasz ulubiony polityk, to właściwie nie kłamie. Tylko mija się z prawdą, a właściwie to myli się, co jest rzeczą ludzką, a robi to być może, a nawet na pewno, niechcący.

Po drugie, autor wykazuje się cywilną odwagą i profesjonalizmem aby to właśnie grupę zawodową, do której należy wskazać jako odpowiedzialną za uczynienie z fake newsów modelu biznesowego. Pomimo lekko ironicznego tonu, w którym to czyni, jego teza poparta następnie przykładami z historii zasługuje na uznanie.

A skąd to się wzięło? Cóż, jako przeciwnik odpowiedzialności zbiorowej nie zakrzyknę: „Dziennikarze, bijmy się w piersi, bo to nasza wina!”, ale to prawda: fake newsy jako model biznesowy są zasługą prasy. (…) Fake newsy po prostu wydatnie służą zwiększaniu bazy odbiorców.

Po trzecie, warto zwrócić uwagę na edukacyjny wymiar omawianego materiału. Oprócz wykorzystania fake newsów w różnych dziedzinach np. nauki, autor przekazuje w swoim tekście również podstawową wiedzą z zakresu medioznawstwa dotyczącą danego zjawiska. Dzięki przystępnemu językowi naukowe definicje i ustalenia stają się zrozumiałe dla osób, które na co dzień nie zajmują się tematyką mediów.

Jedną z nich jest deepfake: komputerowe algorytmy potrafią stworzyć – i to w czasie rzeczywistym – spreparowane obrazy, na których konkretna osoba mówi rzeczy, których nigdy nie powiedziała. Pewnie niedługo zobaczymy filmiki, na których papież Franciszek ogłasza, że Boga jednak nie ma, (…).

 

Fake newsy zyskały już naukową typologię. Stworzyli ją w 2017 r. medioznawcy Edson C. Tandoc, Zheng Wei Lim i Richard Ling z Uniwersytetu Technologicznego Nanyang w Singapurze. W artykule „Definiując fake newsy” dzielą je na sześć kategorii: satyra informacyjna, parodia informacyjna, fabrykacja, manipulacja, reklamy i propaganda.

Po czwarte, autor w swoim tekście kilkukrotnie powołuje się na wyniki badań, co pozytywnie wpływa na ocenę jego wiarygodności. Ponadto, wnioski płynące z przytoczonych prac badawczych wskazują również na inne niż zaprezentowane w artykule tezy, co tym bardziej świadczy o rzetelnym podejściu autora do zebranych w danym temacie informacji.

Ekonomiści Hunt Allcott i Matthew Gentzkow z Uniwersytetu Stanforda w pracy „Media społecznościowe i fake newsy w wyborach z 2016 r.” przekonują, że wpływ fejków na politykę może być wyolbrzymiony.

 

Z badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Stanforda wynika, że aż 8 proc. dorosłych wierzy bezkrytycznie we wszystko, co brzmi „w miarę wiarygodnie i odpowiada ich wyobrażeniom na temat politycznych szwarccharakterów oraz bohaterów”.

Podsumowując, artykuł warto przeczytać aby zdobyć spory zasób wiedzy na temat historii i kontekstów stosowania fake newsów bez obawy, że przy tej okazji zostanie nam narzucona określona narracja lub interpretacja. Nie znaleźliśmy ani w tytule, ani w tekście artykułu podstaw dla odjęcia punktów, dlatego naszych Czytelników zapraszamy do lektury i składamy gratulacje Autorowi!

Podsumowując:

kryterium prawdy: 1/1

kryterium obiektywizmu: 1/1

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1

kryterium zasadności tytułu: 1/1

fot. Kayla Velasquez/Unsplash

Piotr Zaremba o aferze w Ministerstwie Sprawiedliwości #EMIgate

Piotr Zaremba o aferze w Ministerstwie Sprawiedliwości #EMIgate

Piotr Zaremba, „Ziobro postawił na marnych ludzi, ale to Kaczyński jest autorem wojny z sędziami”, Dziennik Gazeta Prawna z dnia 30 sierpnia 2019 r.

 

Niełatwo było znaleźć rzetelny materiał dziennikarski dotyczący ostatniej afery w Ministerstwie Sprawiedliwości. Przypomnijmy, że chodzi o oskarżenie Łukasza Piebiaka o udział w operacji dyskredytowania polskich sędziów, którzy ostro protestowali przeciwko zmianom w wymiarze sprawiedliwości wprowadzanym przez PiS. Po dymisji wiceministra sprawiedliwości, wydawać by się mogło, że media bliższe obozowi władzy zapomniały o sprawie, uważając ją za zamknięta. Z drugiej jednak strony usłyszeć można bardzo donośne żądania dymisji Zbigniewa Ziobry. Kogo spotkaliśmy pośrodku tych dwóch, radykalnych stanowisk? Piotra Zarembę. Chcielibyśmy niniejszym zachęcić naszych Czytelników do zapoznania się z jego tekstem pt. „Ziobro postawił na marnych ludzi, ale to Kaczyński jest autorem wojny z sędziami”, opublikowanym dzisiaj na łamach Dziennika Gazeta Prawna. Materiał został wyróżniony z następujących względów:

Po pierwsze, temat ostatniej afery został w tekście przeanalizowany w pogłębiony sposób. Autor nie ogranicza się do przedstawienia faktów opatrzonych kąśliwymi komentarzami, lecz rozważa nad możliwymi przyczynami powstałej sytuacji i źródłami konkretnych działań politycznych wymienionych w artykule osób. Wnikliwe uwagi dziennikarza rzucają na sprawę nowe światło oraz skłaniają do głębszej refleksji nad mechanizmami stojącymi za poczynaniami polityków.

Po drugie, autor wykazuje się bezstronną postawą, ponieważ jednocześnie jest w stanie wskazać na możliwość zamieszania Zbigniewa Ziobry we wspomnianą na początku aferę:

Czy Ziobro wiedział o grupie hejterów w ministerstwie? Wątpliwe, aby o niej nie słyszał, skoro Łukasz Piebiak obiecywał hejterce MałejEmi (to tylko jeden z jej sieciowych nicków) ucieszenie szefa.

A z drugiej strony w pewnym sensie staje w jego obronie, wskazując na mniej oczywiste kwestie stojące za jego wizerunek politycznym, a nawet przedstawiając jego pozytywne wymiary jego działań:

 ale to z Ziobry robiono w szeptanej propagandzie czarnego luda, odgromnika, złego sługę, który psuje dobre intencje obozu. Zwalono na niego także np. ustawę o IPN, wprowadzającą nas w stan dyplomatycznej wojny z Izraelem. Owszem, to jego ludzie ją napisali, ale decyzję, aby nagle wprowadzić ją do porządku obrad Sejmu, podjął Kaczyński.

Ziobro nie ma na swoim koncie samych brzydkich sprawek. Wprowadził przydział spraw w sądach w trybie losowania czy zaostrzył odpowiedzialność komorników za uchybienia.

Po trzecie, autor celem zaprezentowania wieloaspektowości sprawy przywołuje opinie różnych środowisk i komentatorów. Na uznanie zasługuje przedstawienie stanowisk zarówno ze strony opozycji, jak i osób stojących po drugiej stronie sporu politycznego:

Opozycja podkreśla współodpowiedzialność Kaczyńskiego za politykę, której finałem była zorganizowana hejterska grupa w resorcie sprawiedliwości.

Z kolei na prawo od liberalnej lewicy pobrzmiewa sugestia, formułowana po raz kolejny, że obóz rządzący musi zdecydować, czy chce być nadal wprowadzany na miny przez drapieżne środowisko Ziobry, które zmonopolizowało politykę prawicy wobec wymiaru sprawiedliwości – tak pisał Rafał Ziemkiewicz, pytał o to Antoni Dudek

Po czwarte, swoją bezstronność dziennikarz udowadnia kierując zarzuty nie tylko wobec Jarosława Kaczyńskiego, ale także względem środowiska sędziów:

Skądinąd sędziowie też grywali znaczonymi kartami. Pomysł, że sądy przypiszą sobie uprawnienia do badania zgodności przepisów z prawem – polskim lub europejskim – jest sprzeczny z naszą tradycją prawną. Wymagałby przynajmniej poważnej ustrojowej debaty, a nie sięgania po prawo kaduka.

Pewne wątpliwości budzi w nas jedynie sposób sformułowania tytułu. Przedstawienie osób używając wyłącznie ich nazwisko może sprawiać wrażenie braku szacunku. Możemy jednak przypuszczać, że decyzja o takim skróceniu tytułu celem jego uatrakcyjnienia nie zawsze pozostaje w gestii autora materiału.

Podsumowując:

kryterium prawdy: 1/1

kryterium obiektywizmu: 1/1

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1

kryterium zasadności tytułu: 0,5/1

 

Zdjęcie główne: Zbigniew Ziobro, Fot. Flickr/KPRM/P. Tracz

Mariusz Zielke o pedofilii w show biznesie

Mariusz Zielke o pedofilii w show biznesie

Mariusz Zielke w interesie społecznym, o pedofilii w polskim show biznesie, sprawa Krzysztofa Sadowskiego

 

Śmiemy przypuszczać, że dzisiejszy artykuł na naszym portalu będzie wyjątkowy. Nie przyjmie on bowiem dotychczasowej formy, zgodnie z którą wskazujemy pozytywne cechy konkretnego materiału dziennikarskiego i oceniamy go według przyjętych wcześniej kryteriów. Sprawa jest bowiem znacznie poważniejsza i dotyczy niezasłużonego cierpienia wielu niewinnych osób przez dziesięciolecia. Dzisiaj – na podstawie konkretnego przypadku – zastanowimy się nad tym czym w istocie jest dobre dziennikarstwo.

Czy takim mianem – dobrego dziennikarstwa – można określić kilkunastomiesięczne śledztwo i zdobywanie informacji w bulwersującej sprawie? Czy na takie miano zasługują działania mające na celu zainteresowanie głównych polskich mediów skandalem wymagającym natychmiastowego ujawnienia? Czy dobrym dziennikarstwem można w końcu nazwać przerwanie zmowy milczenia i heroiczną wręcz próbę nagłośnienia sprawy na własną rękę, podczas gdy wszystkie duże media nie wykazują sprawą zainteresowania? Chyba każdy Czytelnik odpowie na powyższe pytania twierdząco. Celem zdemaskowania skandalicznych zachowań i pilnie strzeżonej tajemnicy, Mariusz Zielke, o którym tutaj mowa, powrócił do porzuconego kilka lat temu zawodu dziennikarza i od kilku tygodni upowszechnia wiadomości dotyczące sprawy pedofilii Krzysztofa Sadowskiego – znanego muzyka, jazzmana, człowieka wielu znajomości i kontaktów, współtwórcy fundacji Tęcza oraz znanego w latach 90’ programu „Tęczowy Music Box”, przez które przewinęły się setki, a może nawet tysiące dzieci mających nadzieję na rozwinięcie swoich pasji i talentów. Nie zdawały sobie jednak sprawy z brutalnej pułapki, która na nich czyhała…

Zacznijmy od początku. 4 sierpnia na swoim prywatnym profilu Mariusz Zielke publikuje post:


Pod udostępnionymi wpisami niejednokrotnie pojawia się bezpośrednie pytanie: „O kogo chodzi?”, dziennikarz jednak nie podaje nazwiska ponieważ ma nadzieję, że zgłosi się do niego więcej ofiar i będzie w stanie zweryfikować wcześniej zgromadzone oskarżenia i dowody. Podejmuje się ogromnej pracy dziennikarskiej dokonując dalszych ustaleń w sprawie, gdyż po 4. sierpnia zgłasza się do niego coraz więcej osób z nowymi informacjami. Wśród nich są także kolejne ofiary pedofila. Liczba doniesień i indywidualnych historii sprawia, że Zielke nie ma już wątpliwości i postanawia ujawnić nazwisko oprawcy. Jak sam pisze „relacji jest zbyt wiele, żeby były nieprawdziwe”. Kontaktuje się także z żoną Sadowskiego – Panią Lilianną, gdyż jej mąż jest człowiekiem chorym i przebywa w szpitalu. Spotyka się ze ścianą zaprzeczenia, jednak mimo to chce dać możliwość wypowiedzenia się oprawcy. Jak sam deklaruje jest w stanie w każdej chwili się spotkać i wysłuchać jego wersji wydarzeń.

Nie mając za plecami żadnego dużego medium Mariusz Zielkie, świadomy wiążącej się z tym odpowiedzialności, publikuje na portalu Salon24 oraz na niszowych blogach (m.in. winteresiespolecznym.pl) relacje ofiar, dzisiaj już dorosłych kobiet i mężczyzn. Próbuje pociągnąć za każdy możliwy sznurek aby nagłośnić sprawę i wszystkie jej szczegóły. Można przypuszczać, że dziennikarz nie pozwoliłby sobie na to nie mając wystarczających dowodów. Ręczy za to swoim całym autorytetem, a przypomnijmy jest laureatem nagrody Grand Press z roku 2005 w kategorii „Dziennikarstwo śledcze”. Jego późniejsze odejście z zawodu, to temat na osobną historię. W omawianej sprawie jednak bardzo istotna jest również motywacja samego Mariusza Zielke:

To są niezwykle trudne sprawy, wychodzą zwykle po wielu latach, są przedawnione karnie, nie mam prawa żądać od nikogo przechodzenia przez tę traumę po raz drugi. W interesie społecznym jest jednak ujawnienie faktów, żeby chronić potencjalne ofiary (nie tylko tego sprawcy). Musimy rozmawiać o tym, jakie procedury pracy z dziećmi wprowadzić, by uchronić je od molestowania. Konieczne jest także zniesienie przedawnienia przestępstw pedofilii, bo one zawsze wychodzą po wielu latach.

Na początku główne media (w tym całodobowe telewizje informacyjne) ignorują temat, zupełnie inaczej niż w przypadku niedawnego głośnego filmu Tomasza Sekielskiego o pedofilii w kościele. Wielu „kolegów po fachu” krytykuje Zielkego za stosowanie niestandardowych metod. Temat nagłaśnia jedynie portal Wirtualna Polska. Po kilku tygodniach, dziesiątkach wpisów i wielu heroicznych działaniach jednego człowieka widać, że kolejne media nie mają już wyboru. Pojawiają się materiały w głównych stacjach telewizyjnych (Polsat News, TVP Info) i dużych portalach internetowych. Sprawa jednak nie ujrzałaby światła dziennego gdyby nie gigantyczny wysiłek jednego człowieka, którego na naszym portalu niniejszym wpisem chcemy docenić. Mariusz Zielkie – gratulujemy wytrwałości i heroizmu w imię wyższych wartości.

Temat ten będziemy jako Instytut Dyskursu i Dialogu podejmować jeszcze wielokrotnie. Wszystko wskazuje bowiem na to, że sprawa Sadowskiego to tylko wierzchołek góry lodowej jeśli chodzi o pedofilię w polskim show biznesie, w którym opisywana sprawa była tzw. tajemnicą Poliszynela: wszyscy wiedzieli, ale nikt nie reagował. Póki co, Mariusz Zielke prowadzi zbiórkę w celu nakręcenia głośnego filmu na ten temat. Obiecuje, że ujawnionych zostanie mnóstwo szokujących informacji, które nie spodobają się wielu osobom ze świecznika. Polecamy wsparcie tej inicjatywy i sami się do niej dorzucamy!

Sebastian Stodolak o ekonomicznych skutkach interwencji zbrojnych

Sebastian Stodolak o ekonomicznych skutkach interwencji zbrojnych

Sebastian Stodolak, „Rozstrzeliwanie biedy?”, Dziennik Gazeta Prawna z dnia 2 sierpnia 2019 r.

 

Napisać rzetelny, a przede wszystkim ciekawy, artykuł o tematyce ekonomicznej to nie lada wyzwanie. Czy możliwym jest aby interwencja zbrojna w ubogim państwie przyczyniła się do wzrostu dobrobytu jego mieszkańców? Odpowiedź na to – pozornie absurdalne – pytanie znajdziemy w artykule Sebastiana Stodolaka pt. „Rozstrzeliwanie biedy?”, który ukazał się dzisiaj w Dzienniku Gazecie Prawnej. Pragniemy zwrócić szczególną uwagę na kilka wymiarów tego artykułu:

Po pierwsze, autor kilkukrotnie powołuje się na wyniki przeprowadzonych w ostatnich latach badań naukowych. Warto zauważyć, że sposób zestawienia ze sobą stanowisk poszczególnych naukowców pozwala na weryfikację (William Easterly) bądź potwierdzenie (Daniel Di Martino) zaprezentowanej na początku artykułu tezy o pozytywnym wpływie interwencji zbrojnych na poziom dobrobytu w państwie, w którym się one odbywają. Dzięki różnorodności przedstawianych poglądów odbiorca może poznać szeroki kontekst omawianego problemu i argumenty przemawiające za każdą z koncepcji.

Podobne przeczucie mieli Jeffrey Pickering oraz Emizet F. Kisangani, politolodzy z Uniwersytetu Kansas, gdy rozpoczynali badania, podsumowane później w pracy „Polityczne, ekonomiczne oraz społeczne konsekwencje zagranicznej interwencji zbrojnej” z 2014 r.

 

Na przykład Daniel Di Martino, ekonometryk i publicysta takich portali jak USA Today czy Washington Examiner, zachwalając skutki amerykańskiej inwazji na Panamę (1989 r.), zachęca USA do zaatakowania Wenezueli.

 

Jego (Daniela Di Martino) intelektualny mentor Paul Collier twierdząc zaś, że z dostępnych danych jednoznacznie wynika konieczność interwencji, myli korelację z przyczynowością i popełnia błąd selekcji, tj. wybiera wygodne dla swojej tezy przykłady. Te szkolne błędy wychwycił prof. William Easterly z Uniwersytetu Nowojorskiego, recenzując książkę Colliera.

Po drugie, w tekście wielokrotnie pojawiają się wskazania dotyczące wyników badań statystycznych. Celem zweryfikowania czy rzeczywiście w danym państwie poprawiła się sytuacja ekonomiczna, autor porównuje wyniki PKB na przestrzeni lat. Może to świadczyć o jego zamiarze przedstawienia tematu w sposób bezstronny oraz unikaniu manipulowania informacjami pochodzącymi ze statystyk.

W 1986 r. przerzucono się na wolny rynek – produkt anglosaski – i gospodarka ruszyła. To wtedy zdaniem interwencjonistów rozkwitły rynkowe instytucje zaimportowane od Amerykanów w trakcie ich 15-letniego pobytu w Wietnamie. PKB per capita kraju wzrósł od tego czasu pięciokrotnie.

Najbardziej znaną interwencją ostatniej dekady, której wbrew długotrwałym staraniom nie udało się wytworzyć prowzrostowych instytucji, jest amerykańska inwazja na Irak (2003–2011). W roku jej wybuchu PKB kraju spadło o 35 proc.

Po trzecie, należy docenić również edukacyjny walor materiału. Wielość informacji, zarówno o charakterze historycznym jak i ekonomicznym, przedstawiona w zrozumiały, czasem nawet żartobliwy, sposób sprawia, że czytelnik kończy lekturę artykułu bogatszy o nową wiedzę. Świadczy to również o dobrym przygotowaniu i zgłębieniu tematu przez autora, co spotyka się z naszą szczerą aprobatą.

W 1824 r. wystarczyło, że mieszkańcy portorykańskiego Fajardo obrazili amerykańskich marynarzy, by okręty US Navy ostrzelały miasteczko, chcąc wymusić przeprosiny. Jako że Portoryko należało wówczas do Hiszpanów, a rok wcześniej prezydent USA James Monroe ogłosił doktrynę izolacjonizmu, zakładającą nieangażowanie się w sprawy Europy, to komandor David Porter – dowódca ataku – stanął przed sądem. Przez kolejne dekady głównym pretekstem amerykańskich militarnych interwencji zagranicznych była walka z piratami: marynarka USA ścigała ich na Sumatrze czy w Grecji.

Pewne wątpliwości budzi w nas jedynie sposób sformułowania tytułu. Jest on pewnego rodzaju metaforą, która bez kontekstu (który naturalnie pojawia się później, w treści artykułu) może okazać się mylący. Nie trudno również zauważyć że, „Rozstrzeliwanie biedy” zawiera w sobie wieloznaczność, gdyż oprócz znaczenia znajdującego rozwinięcie w tekście, „biedę” można rozumieć jako określenie ludzi biednych, co nadaje nagłówkowi ponure przesłanie.

Podsumowując:
kryterium prawdy: 1/1
kryterium obiektywizmu: 1/1
kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1
kryterium szacunku i tolerancji: 1/1
kryterium zasadności tytułu: 0,5/1

 

Paweł Walewski o lekarstwie na HIV

Paweł Walewski o lekarstwie na HIV

Paweł Walewski, „Tabletka na HIV przyczyni się do ograniczenia nowych zakażeń?”, Polityka z dnia 25 czerwca 2019 r.

 

Dzisiejszy artykuł powstał dzięki zgłoszeniu przesłanemu przez formularz zgłoszeniowy na naszej stronie DobrzyDziennikarze.pl, w którym jako przykład dobrego dziennikarstwa został wskazany materiał Pawła Walewskiego opublikowany na łamach Polityki pt. „Tabletka na HIV przyczyni się do ograniczenia nowych zakażeń?”. Dziękujemy za tę trafną propozycję i zanim przejdziemy do analizy ww. artykułu chcemy gorąco zachęcić naszych Czytelników do zgłaszania dobrych praktyk dziennikarskich pod tym linkiem. Czekamy na kolejne zgłoszenia!

Przechodząc do uzasadnienia tego dlaczego zgodziliśmy się z internautą i postanowiliśmy wyróżnić materiał Pawła Walewskiego, polecamy zwrócić szczególną uwagę na kilka wymiarów tego artykułu:

Po pierwsze, autor wielokrotnie powołuje się na opinie kilku posiadających znaczne doświadczenie w podejmowanym temacie ekspertów. Na uznanie zasługuje dobór specjalistów, gdyż ze względu na zróżnicowanie środowisk zawodowych, z których się wywodzą, możemy poznać różne perspektywy omawianego problemu. W artykule poznajemy bowiem zarówno opinię osoby pracującej w organizacji pożytku publicznego (Michał Pawlęga), jak i przedstawicieli jednostki naukowej (prof. Rosińska), szpitala wojewódzkiego (dr Aneta Cybula) czy prywatnej kliniki (dr Ivana Stanković):

‘Niefrasobliwość niektórych jest zaskakująca’ – opowiada dr Aneta Cybula z Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie, gdzie na izbie przyjęć wydają recepty na leki, których jak najszybsze przyjęcie po ryzykownym zdarzeniu może zapobiec zakażeniu.

Michał Pawlęga, który w Społecznym Komitecie ds. AIDS kieruje zespołem zajmującym się promocją zdrowia seksualnego, nie ma wątpliwości, że istnieje mnóstwo przyczyn, dla których nie tylko geje odmawiają użycia prezerwatyw: ‘– A osoby świadczące usługi seksualne? Dla wielu to jest zajęcie, które przynosi niemałe profity.’

Po drugie, w tekście pojawiają się wskazania dotyczące wyników badań statystycznych, przy czym autor nie ogranicza się do jednego źródła, a ponadto wskazuje istotne rozbieżności pomiędzy przytaczanymi danymi. Może to świadczyć o jego bezstronności oraz unikaniu manipulacji informacjami pochodzącymi ze statystyk.

Według Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH ok. 20 proc. zakażonych w Polsce nie wie, że ma HIV, ale organizacje pozarządowe szacują, że takich osób jest aż 70 proc.

Po trzecie, autor stara się podkreślić społeczny aspekt problemu tzw. tabletki na HIV. Wyjaśniając to nowe rozwiązanie w dziedzinie farmakologicznej i jego sposób działania nie odwołuje się do niezrozumiałej dla przeciętnego odbiorcy terminologii medycznej, a wskazuje za to na konteksty społeczne, w których może ono odegrać znaczną rolę np.:

Sytuacja, do jakiej doszło dzięki nowym kuracjom, stworzyła precedens: osoby zakażone dzięki leczeniu (choć niejednokrotnie nadal muszą to ukrywać, by nie spotkać się z wykluczeniem z towarzystwa, a nawet rodziny) przestały być źródłem zagrożenia dla swoich partnerów – w przeciwieństwie do całej reszty, z której wielu, przekonanych, że są zdrowi, na aplikacjach randkowych i w klubach szuka okazji do zabawy.

Po czwarte, należy wskazać na edukacyjny walor artykułu. Przystępny sposób formułowania treści i dostępność formy umożliwia zapoznanie się odbiorcy z szeregiem nowych informacji. Autor sprawia, że medyczny żargon staje się bardziej zrozumiały poprzez wprowadzanie przykładów i wypowiedzi osób komentujących.

Chodzi o PrEP, pre-exposure prophylaxis, czyli profilaktykę przedekspozycyjną (zabezpieczającą przed zakażeniem podczas kontaktu seksualnego z osobą, która już jest lub może być zakażona).

Po piąte, autor zachowując (godne pochwały) bezstronne stanowisko, prezentuje odmienne poglądy na temat tzw. tabletki na HIV. Wydaje się, że Walewski nie faworyzuje żadnego z podejść pozostawiając czytelnikom swobodę w kształtowaniu swoich opinii.

‚Dlatego jestem przeciwna namawianiu do PrEP’ – oburza się dr Dorota Rogowska-Szadkowska z Białegostoku, również specjalistka chorób zakaźnych

‚Skoro ludzie nie chcą używać prezerwatywy lub uprawiają seks pod wpływem substancji psychoaktywnych, to wierzę, że ta metoda (PrEP) może przyczynić się do zmniejszenia liczby nowych zakażeń’ – uważa dr Cybula

Podobnie wygląda kwestia przedstawiania pozytywnych i negatywnych aspektów omawianego leczenia farmakologicznego. Autor dowodzi swojej rzetelności i obiektywizmu wskazując w równej mierze na wady ww. rozwiązania (np. stosowanie tego typu profilaktyki może doprowadzić do powstania opornej na leczenie mutacji wirusa HIV.), jak i jego zalety (np. poczucie bezpieczeństwa osób, które uczestniczą w przypadkowych kontaktach seksualnych).

Podsumowując:
kryterium prawdy: 1/1
kryterium obiektywizmu: 1/1
kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1
kryterium szacunku i tolerancji: 1/1
kryterium zasadności tytułu: 1/1

5/5 po raz pierwszy w historii naszego portalu! GRATULUJEMY!