Pedofilia w polskich filmach dokumentalnych. Porównanie filmów braci Sekielskich i S. Latkowskiego

Pedofilia w polskich filmach dokumentalnych. Porównanie filmów braci Sekielskich i S. Latkowskiego

Pedofilia w polskich filmach dokumentalnych. Porównanie filmów braci Sekielskich i S. Latkowskiego

 

Autorki: Anna Jakubek, Milena Godzieba

 

Komentowanie i poruszanie kwestii pedofilii i filmów związanych z tym tematem jest niełatwe i często trudno znaleźć odpowiednie słowa, aby nikogo nie urazić i uszanować ofiary. Chcemy zaznaczyć, że niniejszy artykuł jest wyłącznie opisem i podsumowaniem działań dziennikarzy i twórców filmu „Nic się nie stało” oraz „Zabawa w chowanego” jak również porównaniem obu materiałów pod względem rzetelności i obiektywności. Odniesiemy się do etyki zawodu dziennikarza oraz Karty Etycznej Mediów, natomiast nie mamy na celu oceny opisywanych spraw ani wypowiadających się osób, a jedynie krótką analizą medialną. Nie nam oceniać po której stronie leży lepsza prawda. Po naszej stronie jest jednak ocena, w jaki sposób zostały przekazane informacje.

“Nic się nie stało”

Jak możemy przeczytać na stronie TVP VOD, “Nic się nie stało” jest filmem dokumentalnym, nakręconym przez reżysera Sylwestra Latkowskiego. Produkcje zapowiadano na długo przez premierą jako ujawnienie hipokryzji i sutenerstwa w polskim show-biznesie oraz odkryciem nowych faktów związanych z Zatoką Sztuki tj. centrum kulturalno-artystycznym w Sopocie. Historia wielokrotnie była opisywana przez media i nie jest sprawą nową, natomiast zainteresowała znanymi nazwiskami i nowymi powiązaniami. Czy odnajdujemy je materiale, przeczytacie poniżej.

Film bez problemu można podzielić na trzy odrębne segmenty, które przewijają się i mieszają ze sobą podczas godzinnego materiału. Pierwszym z nich jest sprawa 14-letniej Anaid z Gdańska, która w 2015 roku odebrała sobie życie, wskakując pod rozpędzony pociąg na dworcu w Oruni. Dziennikarz rozmawia na ten temat z jej matką oraz ciocią, która pokazuje miejsca związane z dziewczynką (np. blok, w którym mieszkała czy drogę którą przeszła na dworzec). Kobieta towarzyszy nam przez cały materiał. Kolejnym wątkiem niewątpliwie jest Sopocka Zatoka Sztuki z którymi związani są Krystian W. ps. Krystek, i Marcin T. ps. Turek, wobec którym zostało przeprowadzone śledztwo dotyczące molestowania seksualnego nieletnich dziewczyn. To właśnie wokół tych dwóch mężczyzn kręci się cała akcja filmu. Żaden z nich nie zgodził się na wystąpienie w materiale, nie licząc nagranej rozmowy telefonicznej z Marcinem T., załączonych fragmentów konferencji prasowej z 2015 roku i materiału filmowego. Natomiast trzecim członem filmu „Nic się nie stało” o którym warto wspomnieć jest nawiązanie do osób znanych, tzw. celebrytów, którzy mogli być stałymi bywalcami Zatok Sztuki. W materiale możemy zobaczyć kilkanaście zdjęć aktorów, dziennikarzy i innych twórców podpisanych z imienia i nazwiska. Jest to kluczowa część, do której, po publikacji filmu, najczęściej odwoływano się w polskich mediach.

Film Sylwestra Latkowskiego jest jednak pełen nieścisłości i licznych niedociągnięć, obok których trudno przejść obojętnie, dlatego warto odwołać się w tej sytuacji do zasad, którymi powinni kierować się producenci i twórcy tego typu materiałów. Film dokumentalny, jak żaden inny, powinien szczerze odnosić się do rzeczywistości, podlegać możliwie najmniejszej ingerencji ze strony reżysera, kierować się prawdą i rzetelnością, a przekazywane informacje winny być ukazywane bez zniekształceń. W filmie „Nic się nie stało” jednak brakuje rzeczowych informacji, obiektywizmu i rzetelności. Samych surowych faktów jest bardzo mało, ma się wrażenie, że materiał bazuje na emocjach, dramaturgii, urwanych zdaniach i oskarżeniach. Podczas seansu towarzyszy również nieodparte wrażenie nakręcenia i montażu filmu w pośpiechu. Sam problem wykorzystywania nieletnich oraz bierności organów ścigania rozmył się i zgubił, a większość informacji została pokazana w nieczytelny i zastanawiający sposób. Trudno doszukiwać się zapowiadanych nowych faktów i powiązań, ale również profesjonalizmu.

W materiale kilkukrotnie pojawiają się “zeznania” dziewczyn, np. Zosi, Anny, Kasi, Małgorzaty z 2015 roku, czytane przez lektorkę. Odbiorca nie dostaje jednak informacji skąd pochodzą te deklaracje, kto z nimi rozmawiał i dlaczego dziewczyny nie zgodziły się wystąpić w materiale, albo chociaż dlaczego nie nagrano ich oryginalnego głosu. W kwestii domysłów pozostają również wiadomości tekstowe, kilkukrotnie pojawiające się na obrazie. Są to dymki stylizowane na wiadomości SMS oraz wiadomości na komunikatorach internetowych przesyłane między Krystkiem a dziewczynami lub koleżankami między sobą. Nie dostajemy informacji kim są te osoby, żadna z tych historii nie jest wytłumaczona ani kontynuowana w materiale. Nie jest wyszczególnione ich źródło, dlatego odbiorca nie ma pewności skąd one pochodzą, jak zostały zdobyte ani czy w ogóle kiedykolwiek zostały przesłane.

Na początku wyróżniłyśmy trzy segmenty, na których opiera się film. Sposób ich powiązania jest mocno naciągnięty i nie do końca wiadomo, dlaczego połączono tyle głośnych nazwisk z historią Anaid i Zatoką Sztuki. Osoby taki jak Borys Szyc, Natalia Siwiec, Kuba Wojewódzki czy Blanka Lipińska, których zdjęcia pojawiły się w materiale, niewątpliwe mogły być gośćmi Zatoki, natomiast ich powiązanie z samobójstwem dziewczyny, znajomością właścicieli, a co więcej, posiadaniem jakichkolwiek informacji o wykorzystywaniu nieletnich w klubie jest znikome i w żaden sposób nie zaznaczone przez autora lub osoby wypowiadające się. Nie przedstawiono żadnych dowodów na to, że wymienione osoby posiadały informacje o działaniach Krystka i Turka. Latkowski posługuje się ogólnym zwrotami. Określenia “bogaci”, “wpływowi” czy “celebryci” padają często i niewątpliwie, jest to próba zainteresowania odbiorcy i powiązania tych osób ze sprawą, niemniej jednak jest to też bezpodstawne użycie wizerunku. To głównie z tego powodu po premierze “Nic się nie stało” w mediach zawrzało. Celebryci wystosowali oświadczenia stanowczo zaprzeczając, że mieli jakiekolwiek powiązania ze zdarzeniami, a wykorzystanie ich wizerunku miało na celu wyłącznie wywołanie kontrowersji, sensacji i rozgłosu filmu. Kilka osób zapowiedziało rozwiązanie sprawy na drodze sądowej. W sprawie wypowiedziała się również lektorka, Barbara Kałużna, której głos mogliśmy usłyszeć w filmie. Aktorka czytała rzekome zeznania dziewczyn z 2015 roku. Po premierze Kałużna wyznała, że nie wiedziała, jak nagrania zostaną użyte i “czuje się wykorzystana i wplątana w propagandową produkcję”.

Integralną częścią „Nic się nie stało” są sztucznie dogrywane materiały wideo, których zadaniem jest wypełnianie filmu oraz nakierowanie widza na opisywaną sytuację i odpowiednie emocje. Zastanawiające są ruchy kamery, liczba ujęć przejeżdżających pociągów i ujęć z drona. Dźwięk pozostawia wiele do życzenia. Muzyka jest zbyt głośna, szczególnie gdy w tym samym momencie ktoś się wypowiada. Często też nie pasuje nastrojem do wątku, w którym się pojawia. Takich potknięć jest więcej. Zdarzają się urwane słowa. Odczytywane cukierkowym, emocjonalnym głosem zeznania, sparowane z odstającą od powagi sytuacji muzyką i nad wyraz sugestywnymi rekonstrukcjami zdarzeń dają karykaturalny efekt. Nie tylko te zabiegi powodują niesmak. W materiale dwa razy pojawia się fragment piosenki “To się stało” o zgwałconej dziewczynce. Piosenka jest przetłumaczona z języka niemieckiego, śpiewana przez młodą osobę w balladowym tonie. To wszystko naraz, w takim natężeniu odciąga uwagę od treści filmu i nie daje historii wybrzmieć.

“Zabawa w chowanego”

Kolejny film braci Sekielskich zostaje upubliczniony 16 maja br. zaledwie cztery dni przed premierą filmu Latkowskiego. W ciągu pierwszych 6 godzin materiał w serwisie YouTube obejrzało ponad milion widzów, nie jest to jednak zaskoczeniem, gdyż pierwszą część obejrzało ponad 23 miliony ludzi, a wyświetlenia nadal rosną. “Zabawa w chowanego” powstaje jednak w innej rzeczywistości niż jego poprzednik. Choć słowo “poprzednik” może nie być najtrafniejsze, ponieważ film jest podejściem do opisywanych problemów z innej perspektywy, akcenty są przesunięte na nieco inne aspekty. “Tylko nie mów nikomu” wprowadził temat pedofilii w Kościele na stałe w debatę publiczną. Do tego stopnia, że pojawia się potrzeba zmiany systemu, który pozwala na taką krzywdę. Początek “Zabawy w chowanego” pokazuje, że taka zmiana nie nadejdzie w najbliższej przyszłości. Na pewno nie z takim wsparciem jakie mają obecnie księża pedofile, a które jest demaskowane w filmie.

Przedstawiony materiał skupia się na historii trzech ofiar, jest to dwójka braci oraz kolejny mężczyzna. Każdy z nich został zgwałcony przez tego samego księdza, Arkadiusza Hajdasza, przenoszonego między parafiami. Przenoszonego mimo skarg i zgłaszania nadużyć do biskupa. W całym filmie właśnie świadomość tego, jak wiele osób doskonale wiedziało do czego był zdolny przedstawiony ksiądz przytłacza najbardziej. Film pokazuje jak bardzo problem jest wypierany przez Kościół, jak biskupi (w filmie jeden konkretny – Edward Janiak) kryją księży pedofili i jak trudno, mimo ewidentnych dowodów, doprowadzić do poniesienia kary przez sprawców. Szczególnie w sytuacji, gdy mają dostęp do akt zgłoszonych spraw, co film również ujawnia.

W historię zostajemy wprowadzeni przez poszkodowanych, to oni nakreślają kontekst, opowiadają o swoich doświadczeniach. Dziennikarz wspiera i prowadzi rozmowę. Jeśli jakiejś informacji brakuje w wypowiedziach, to są one uzupełniane głosem redaktora lub dopisane na ekranie. Odbiorca cały czas ma szansę orientować się w przebiegu dociekań bohaterów filmu. Obraz jest uzupełniony o nagrania rekonstrukcji zdarzeń z użyciem makiety domu, w którym dochodziło do wspominanych przez ofiary zdarzeń. Film zdecydowanie broni się ilością źródeł, których odbiorca nie musi specjalnie szukać. Pojawiają się nagrania z ukrytych kamer, opisane materiały archiwalne, nagrania wypowiedzi poszkodowanych ze studia, materiały zza kulis takich nagrań, nagrania spotkań, rozmów. Zgromadzony materiał jest naprawdę różnorodny i wyczerpujący. Jeśli dochodzi do konfrontacji czy spotkań, to są to zaplanowane zdarzenia, do których strony są przygotowane. W każdej scenie dźwięk jest profesjonalnie zarejestrowany, nie ma żadnych urwanych zdań i słów. Muzyka nie przeszkadza w odbiorze i ma raczej neutralny wydźwięk. Sposób w jaki został nakręcony film w żadnym momencie nie sugeruje odbiorcy co ma czuć lub myśleć. Nie musi tego robić. Historia broni się sama.

Bohaterowie opowiadają o swoim życiu przed, w trakcie i po wykorzystaniu przez księdza. Całość jest umieszczona w szerszym kontekście, zresztą sam pierwszy film Sekielskich wyraźnie ten kontekst zarysowuje. Taka konstrukcja filmu pozwala wskazać winnych łącznie z całą odpowiedzialnością za ich przewinienia. Pozwala wysunąć na pierwszy plan system, który usprawiedliwia ich działania i instytucję, która ich wspiera. Widzimy starcie ofiar z tą zastałą strukturą, w którą niestety przegrywają.

Przez cały film obecny jest prawnik, który podpowiada jakie kroki mogą podjąć poszkodowani w walce o sprawiedliwość, wspierając ich w tych działaniach. Dostarcza rzetelnych, sprawdzonych informacji odnośnie toczących się postępowań karnych. Sprawa posuwa się do przodu na oczach widzów, choć nie jest bliska rozwiązania.

Reżyser skupił się na dbałości o szczegóły, chronologii, zastosowaniu elementów klasycznych dla filmu dokumentalnego, poszanowania prywatności i obiektywizmu. Tak samo jak w poprzednim filmie. Na tym polu nie ma niespodzianek. Jest jednak jedna kwestia, która wybrzmiewa dosyć mocno w słowach wypowiadających się w dokumencie osób. Mianowicie chodzi o poruszenie tematu homoseksualnych księży w kontekście pedofilii w Kościele. Pojawia się wątek “mafii lawendowej”, czyli środowiska homoseksualnych księży. Jeden z rozmówców mówi o swoim pobycie w Rzymie, gdzie uświadomiono mu jak powszechny jest homoseksualizm wśród duchownych, szczególnie w Watykanie, by potem płynnie przejść do wykorzystywania chłopców przez księży. Zestawienie tych wypowiedzi razem może prowadzić do wyciągania niefortunnych wniosków. Tak jakby pedofilia i homoseksualizm były na równi. Oczywiście, autorzy nie powinni ingerować w wypowiedzi osób pojawiąjących się w dokumencie, ze względu na specyfikę tego gatunku, ale po ich stronie jest zadbanie o to, aby sprostować krzywdzące insynuacje ich rozmówców.

Podsumowanie

Informacje przedstawione w dokumencie braci Sekielskich pochodzą bezpośrednio od ofiar, są to aktualne zeznania, wywiady, rozmowy podczas konfrontacji z oprawcą, a za kwestiami związanymi z postępowaniem karnym opowiada się prawnik obecny przez cały film. Pojawiają się wypowiedzi zaproszonych rozmówców: księży, publicystów, rodzin ofiar. Celem filmu jest konfrontacja w sądzie i poniesienie kary przez tych, którzy skrzywdzili bohaterów dokumentu. Mimo, że nie zostaje on osiągnięty w filmie, to prowadzi do wyeksponowania nieprawidłowości w działaniu Kościoła przy kwestiach wykorzystania nieletnich przez księży.

Natomiast film Latkowskiego oparty jest w znacznej mierze na rzekomych zeznaniach poszkodowanych osób z 2015 roku oraz narracji rodziny Anaid. Są próby konfrontacji, spotkań z osobami, którym już postawiono zarzuty w tej sprawie (Marcin T., Krystian W.) lub osobami mającymi styczność z oskarżonymi (pani prokurator, właściciel sali kinowej w Pucku) jednak nie dochodzą one do skutku. Głównie dlatego, że autor nie zapowiada wizyt i nie pozwala osobom, od których próbuje uzyskać informacje, przygotować się do spotkań. Źródła, z których korzysta nie są w filmie dostatecznie opisane. Nie wiemy kim dokładnie są wszystkie osoby wymieniające wiadomości SMS, skąd pochodzi nagranie z wypowiedzią Marcina T. Trudno wskazać cel powstania tego filmu. Nie jest on tak skonkretyzowany jak w “Zabawie w chowanego”. Ma się wrażenie, że autor próbuje rozciągnąć nielegalne działania dwóch głównych oskarżonych na wszystkie osoby, które kiedykolwiek miały styczność z Zatoką Sztuki. Tak jakby sam fakt bywania tam był równoznaczny ze świadomością i udziałem w krzywdzeniu nieletnich dziewczyn.

Właściwie trudno porównywać tak rozbieżne pod względem warsztatu, researchu czy formy filmy. Dokument braci Sekielskich przekierowuje wymierzony (poprzednim filmem) palec w księży pedofilów na księży kryjących pedofilię. Pokazuje, że to oprawcy są chronieni, a nie ofiary i to przez instytucję wyjętą spod prawa. Film Latkowskiego wymierza palec… no właśnie. Głównie w celebrytów, którzy mieli (nie)szczęście bywać w miejscu publicznym z którym powiązani są oskarżeni. Przez co zawrzało po premierze, ale prawdopodobnie tylko ze szkodą dla ofiar. Film nie tworzy platformy, która pozwalała by na dyskusję o wykorzystywaniu młodych, często nieletnich dziewczyn, o kulturze gwałtu, o zdrowiu psychicznym młodzieży, o edukacji seksualnej, o bezpieczeństwie w nocnych klubach. Ten film pośrednio dotyka tych wszystkich tematów, jednak był promowany jako film głównie o pedofilii. Tak wąskie ujęcie powoduje, że film stał się festiwalem spekulacji, bo sam autor nie potrafił dostrzec szerszego kontekstu sprawy. Dokument ten bardzo powierzchownie traktuje całą sprawę, na siłę próbuje się tu udowodnić problem pedofilii wśród celebrytów, a jednak finalnie film opowiada o czymś kompletnie innym. Tak jakby autor z góry założył jakie wnioski będą płynęły z przeprowadzonych rozmów, a gdy okazało się, że jego przewidywania nie pokrywają się z rzeczywistością, nie potrafił zaadaptować planu filmu do posiadanych informacji. U braci Sekielskich mamy odwrotną sytuację. Film jest właściwie prowadzony przez poszkodowanych. Autorzy niczego nie narzucają od siebie, jedynie dokumentują przebieg walki o sprawiedliwość. Podsumowując, film braci Sekielskich podejmuje strukturalny problem, który można uogólnić na skalą krajową, a film Latkowskiego zajmuje się pojedynczym przypadkiem, najprawdopodobniej skrajnie patologicznym, który nie pokazuje dowodów na istnienie głębszego problemu pedofilii wśród celebrytów.

 

 

Wywiad z Januszem Schwertnerem

Wywiad z Januszem Schwertnerem

Wywiad z Januszem Schwertnerem, zwycięzcą nagrody Dobrego Dziennikarza 2019.

Zachęcamy do obejrzenia wywiadu z Januszem Schwertnerem, dziennikarzem ONET.PL, który został laureatem nagrody Dobrego Dziennikarza 2019. Gala wręczenia nagrody odbyła się 9. grudnia 2019 i można się z nią zapoznać TUTAJ. A tymczasem zachęcamy do obejrzenia poniższej rozmowy:

 

Jak OKO.press ujawniło współpracę Wirtualnej Polski z Ministerstwem Sprawiedliwości?

Jak OKO.press ujawniło współpracę Wirtualnej Polski z Ministerstwem Sprawiedliwości?

Jak OKO.press ujawniło współpracę Wirtualnej Polski z Ministerstwem Sprawiedliwości?

 

We współczesnych demokracjach media stały się czwartą władzą, będącą niemal równie silną (a w niektórych okolicznościach być może nawet silniejszą) jak pozostałe trzy. Zarówno władza ustawodawcza, wykonawcza jak i sądownicza wywierają znaczący wpływ na życie ludzi, jednak są też niestety podatne na nadużycia oraz naciski z zewnątrz. Jak się okazuje, to samo dotyczy władzy czwartej – mediów. Ich szczególna pozycja polega nie tylko na kontrolowaniu działań innych władz, ale – jak się okazuje – również na monitorowaniu mediów samych w sobie, na zasadzie obserwowania konkurencyjnych redakcji. Dzisiejszy artykuł będzie prezentacją przykładu takiego działania. Chcemy przedstawić cykl artykułów opublikowanych przez OKO.press, autorstwa głównie Sebastiana Klauzińskiego, ale też Bianki Mikołajewskiej, ujawniający nieprawidłowości mające miejsce w redakcji portalu WirtualnaPolska.pl (dalej WP).

Dziennikarze OKO.press w wyniku przeprowadzonego śledztwa dziennikarskiego ustalili trzy główne uchybienia redakcji WP. Po pierwsze, że w artykułach publikowanych przez WP promowano Zbigniewa Ziobrę, jego ludzi oraz pracę Ministerstwa Sprawiedliwości. Bardzo często teksty-laurki były publikowane pod nazwiskami nieistniejących dziennikarzy – np. Krzysztofa Suwarta. Po drugie, stosowano cenzurę wobec krytycznych artykułów dotyczących resortu sprawiedliwości i samego Zbigniewa Ziobry. Były blokowane, cenzurowane lub usuwane ze strony głównej, co skutkowało wycofaniem się większości dziennikarzy WP z podejmowania ww. tematów. Po trzecie ustalono, że dziennikarze WP byli zobowiązani konsultować ostateczne wersje tekstów z żoną ministra sprawiedliwości, Patrycją Kotecką oraz ludźmi związanymi z resortem. Jako portal propagujący dobre dziennikarstwo wyrażamy sprzeciw wobec tego rodzaju praktyk, które w naszym przekonaniu nie powinny mieć miejsca i zasługują na krytykę.

Teksty autorstwa Sebastiana Klauzińskiego, które składają się na ten cykl, to:
15 stycznia 2020 – Jak Wirtualna Polska promuje Ziobrę. „Łączy nas z Ministerstwem Sprawiedliwości wiele interesów
15 stycznia 2020 – Wirtualna Polska odpowiada na artykuł OKA. Dziennikarze: zarzuty są mocne, a dementi niczego nie dementuje 
22 stycznia 2020 – Ujawniamy skalę promocji resortu Ziobry w Wirtualnej Polsce. Była ogromna 
6 lutego 2020 – Po tekście OKO.press Machała odwołany z funkcji redaktora naczelnego i wiceprezesa Wirtualnej Polski
Ponadto powstał jeszcze jeden tekst:
Bianka Mikołajewska – 22 stycznia 2020 – Resort Ziobry dał nam 3 godziny na usunięcie informacji o reklamach w WP. Bezprawnie i bezpodstawnie 

Po pierwsze, wszystkie powyżej wymienione materiały pokazują ogrom pracy wykonanej przez autorów przy ich powstawaniu. Ten przykład rzetelnego, dobrego dziennikarstwa wymagał wielu godzin poświęconych na rozmowy z byłymi i obecnymi dziennikarzami WP. Autor (tu Sebastian Klauziński) często posługuje się cytatami z swoich rozmówców, co zwiększa wiarygodność artykułu.

Rozmawialiśmy z wieloma byłymi i obecnymi pracownikami Wirtualnej Polski. Wszyscy chcą pozostać anonimowi. Ich relacje przedstawiamy więc w dalszej części artykułu tak, by utrudnić ich identyfikację, nie zmieniając jednak nakreślonego przez nich obrazu.

Ponadto, na dowód wnikliwego śledztwa dziennikarzy OKO.press otrzymujemy listy wymienionych w punktach konkretnych artykułów z nieprawidłowościami, pod zarzutem których staje redakcja WP. Autorzy OKO.press, w formułowaniu swoich zarzutów nie posługują się ogólnikami, a dokładnymi datami i sprawdzonymi danymi, co świadczy o szczegółowo przeprowadzonym śledztwie dziennikarskim. Należy to szczególnie docenić biorąc pod uwagę jego wielowątkowość (cenzurę, promowanie Ministerstwa ale też postać Patrycji Koteckiej).

O czym pisał nieistniejący Suwart?
W listopadzie 2018 przeprowadził wywiad z wiceministrem Romanowskim o Instytucie Wymiaru Sprawiedliwości, czyli jednostce podlegającej ministerstwu. Romanowski rozwlekle opowiadał o sukcesach jednostki. Pod rozmową zamieszczono długą na tysiąc znaków notkę – sylwetkę wiceministra.
W marcu 2019 – gdy konkursy Funduszu Sprawiedliwości na świadczenie pomocy ofiarom przestępstw wygrywały organizacje bez doświadczenia, zakładane przez ludzi powiązanych z partią Ziobry – Suwart zachwalał, że FS „zdaje egzamin” i że „są pieniądze na ośrodki pomocy”.
W kwietniu, w entuzjastycznym tonie, opisywał jak FS wspiera finansowo szpitale i ochotnicze straże pożarne. Artykuł był kopią notki ze strony ministerstwa (z kosmetycznymi zmianami);
Także w kwietniu na WP i money.pl, Suwart chwalił prokuraturę, która „po tym, jak Ministrem Sprawiedliwości-Prokuratorem Generalnym został Zbigniew Ziobro” „spisała się doskonale” w walce z tzw. lichwiarzami mieszkaniowymi z Trójmiasta, bo „jest konsekwentna i nieubłagana, sięga po wszelkie dostępne możliwości prawne”.
We wrześniu pisał o zainicjowanej przez Ministerstwo Sprawiedliwości i FS kampanii „Trzeźwi na drodze”, cytując obszernie wypowiedzi wiceministra Romanowskiego – że sądy zbyt łagodne dla pijanych kierowców. Do artykułu dołączono wideo z rozmową z Romanowskim.
W październiku 2019 reklamował punkty darmowej pomocy prawnej, działające pod patronatem Ministerstwa Sprawiedliwości. Bohaterem tekstu był Piotr Sak, radny i adwokat z Tarnowa, a także polityk Solidarnej Polski i – wówczas – kandydat do Sejmu z list PiS (artykuł opublikowano 11 dni przed wyborami).

Po trzecie, w swoim artykule Sebastian Klauziński powołuje się na dane firmy Kantar zajmującej się badaniami rynku i opinii. Na pozytywną ocenę zasługuje korzystanie w takiej sytuacji z zewnętrznych źródeł danych. Prezentuje je również za pomocą wykresu, który komentuje, lecz jednocześnie podkreśla ich szacunkowych charakter, udowadniając tym bezstronną postawę.

Jak zaznacza sam Kantar, dane dotyczące wartości reklamy w internecie nie są do końca miarodajne, bo ze względu na stosowane powszechnie różnego rodzaju zniżki, faktyczne koszty są dla reklamodawców dużo niższe, niżby to wynikało z cenników. Na podstawie danych z Kantara nie można więc wyliczyć faktycznej kwoty, jaką dany podmiot zapłacił za reklamę w konkretnym portalu.

Po czwarte, dziennikarze OKO.press niejednokrotnie w tekście przywołują komentarze oraz odpowiedzi podmiotów, wobec których formułowane są oskarżenia. W jednym z artykułów możemy nawet znaleźć pełną odpowiedź rzecznika WP. Pozytywnie należy ocenić próby uzyskania informacji od opisywanych w tekście podmiotów, co pokazuje brak stronniczości autorów i chęć przedstawienia linii obrony bądź chociaż perspektywy drugiej strony. Dziennkarze OKO.press nie ignorują reakcji ze strony redakcji WP czy Ministerstwa Sprawiedliwości, wręcz przeciwnie – zdając sobie sprawę z powagi tematu, na bieżąco o nich informują. Świetnym przykładem jest artykuł Bianki Mikołajewskiej „Resort Ziobry dał nam 3 godziny na usunięcie informacji o reklamach w WP. Bezprawnie i bezpodstawnie”.

Poprosiliśmy Wirtualną Polskę o komentarz (…). Odpowiedział nam rzecznik prasowy WP Michał Siegieda: „Wirtualnej Polski nie łączą żadne »relacje z ośrodkami politycznymi«, poza wynikającymi z wykonywanych sumiennie dziennikarskich obowiązków”. I zapewnia, że dziennikarze WP mogą pisać krytyczne teksty o Ziobrze i ministerstwie.

Kiedy dopytujemy konkretnie o słowa Machały dotyczące relacji biznesowych i „nieszarpania Ziobry za nogawkę”, rzecznik WP odpowiada: „Jeśli Tomasz Machała zachęcał dziennikarzy do przynoszenia tematów o większej wadze, to jest to zgodne z naszą filozofią, że redakcja ma być krytyczna wobec polityków i patrzeć im na ręce”.

Chcieliśmy porozmawiać z samym Machałą, ale – jak powiedział nam Siegieda – wiceprezes WP był na urlopie. Rzecznik poprosił, by pytania wysłać do niego. W odpowiedzi zaprzeczył po kolei wszystkim zarzutom (cała odpowiedź rzecznika Siegiedy – na końcu artykułu).

Na koniec Kotecka ostrzegła nas: „Ze względu na insynuacyjny charakter nadesłanych przez Państwa pytań zastrzegam, że będziemy jako spółka podejmować zdecydowane działania prawne w sytuacji, gdyby ewentualna publikacja godziła w reputację LINK4.

Przedmiotem wątpliwości może mimo wszystko stać się tabloidyzacja niektórych z tytułów materiałów np. „Ujawniamy skalę promocji resortu Ziobry w Wirtualnej Polsce. Była ogromna”. Szczególnie niepokojącym elementem jest użycie sformułowania ocennego i negatywnie nacechowanego („ogromna”), dlatego postanowiliśmy odjąć pół punktu w kryterium oddzielenia informacji od komentarza. Oceniając cykl artykułów OKO.press należy też wytknąć autorom jedną drobną pomyłkę. Otóż wymieniając nazwiska – rzekomo fikcyjnych – autorów WP, obok Krzysztofa Suwarta i Krzysztofa Majora przywołano także błędnie Konrada Wojciechowskiego. Okazało się, że ostatnia z wymienionych osób naprawdę istnieje i pisze artykuły także dla „Gazety Wyborczej” oraz „Dziennika Gazety Prawnej”. O sprawie poinformowały Wirtualne Media w artykule z dnia 27 stycznia 2020 r.  

Podsumowując, warto przeczytać wspomniany cykl artykułów, bo pokazuje on ogromną władzę mediów w dzisiejszej rzeczywistości. Stworzony jest jednak przy pełni świadomości tej władzy przez autorów zachowujących standardy etyki dziennikarskiej.
kryterium prawdy: 0,9/1
kryterium obiektywizmu: 1/1
kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 0,5/1
kryterium szacunku i tolerancji: 1/1
kryterium zasadności tytułu: 1/1
Łącznie: 4,4/5. Gratulujemy!

Łukasz Warzecha o kandydaturach do TK

Łukasz Warzecha o kandydaturach do TK

Łukasz Warzecha, Czy zaprzysiężenie Piotrowicza i Pawłowicz przez Dudę w czasie kampanii wyborczej może mu zaszkodzić?, Onet.pl z dnia 7.11.2019

 

Wiadomość o zaproponowaniu przez PiS Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz na sędziów Trybunału Konstytucyjnego wzburzyła część opinii publicznej. W ostatnich dniach mogliśmy usłyszeć komentarze: „to tragedia dla TK” (prof. Matczak), „to jest jakaś masakra po prostu!” (prof. Zoll), „kończy się państwo prawa” (R. Tyszkiewicz). W gwarze oburzonych komentarzy niezwykle trudno się usłyszeć te pojedyncze, pełne rozsądku i chłodnej analizy głosy. Przykładem jednego z nich jest artykuł Łukasza Warzechy, który został przez nas wyróżniony z kilku względów.

 

Przede wszystkim, dziennikarz zachowuje bezstronność i niezależność, w sposób obiektywny przedstawia pełen obraz sytuacji – z jednej strony nie dołącza do grona zbulwersowanych komentatorów, z drugiej zaś – przeprowadza analizę sytuacji politycznej z tzw. „metapoziomu”. Nie przyjmuje stanowiska zainteresowanego uczestnika, lecz zewnętrznego obserwatora. Autor przyjmuje podział w rozważaniach nad kandydaturą Elżbiety Chojny-Duch, a pozostałą dwójką kandydatów pisząc „Pawłowicz i Piotrowicz to zupełnie inna historia”. Należy zauważyć, że autor wskazując na kontrowersje związane z ww. kandydaturami opiera się na faktach i nie stosuje bazujących na emocjach komentarzy. Przykładowo:

 

Nad Stanisławem Piotrowiczem z kolei ciąży przede wszystkim jego przeszłość, która – wbrew słowom Ryszarda Terleckiego – nie została dogłębnie wyjaśniona.

 

Po drugie, naszą uwagę zwróciły w tekście stwierdzenia, świadczące o głębokiej świadomości dziennikarza na temat tego jak funkcjonują media i, co ważniejsze, o chęci podzielenia się tą wiedzą z czytelnikiem. Autor wprost pisze o mechanizmach rządzących światem news-ów i demaskuje poniekąd procesy, które służą odpowiedniemu kształtowaniu światopoglądu odbiorców. Artykuł w tym wymiarze posiada również funkcję edukacyjną zważywszy na niski poziom zainteresowania polityką wśród wyborców, na co autor sam zwraca uwagę (99 procent wyborców nie ma pojęcia, kim jest Elżbieta Chojna-Duch ani tym bardziej że występowała przed komisją ds. VAT. O ile w ogóle kojarzą, że taka komisja działała.)

 

Chwilowo natomiast przykryje sprawę nominacji PiS do Trybunału Konstytucyjnego, ta jednak wróci najpóźniej w momencie, gdy przyjdzie czas na zaprzysiężenie nowych członków.

 

Ale sprawa wróci. Wówczas będzie sprzyjać przypomnieniu wyborcom fatalnego początku obecnej prezydentury, czyli nocnego zaprzysięgania sędziów TK, w tym tych wybranych przez PiS prawdopodobnie z naruszeniem prawa.

 

Po trzecie, na uznanie zasługuje praca analityczna dziennikarza, który nie tylko opisuje daną sprawę, ale podejmuje znaczny wysiłek (stawia aż 5 hipotez!) aby zastanowić się dlaczego do takiej sytuacji doszło. Ponadto, mimo, że pod koniec artykułu wybiera kilka najbardziej prawdopodobnych tez, nie udziela nam ostatecznej, jedynej słusznej odpowiedzi. Autor nie wprost zachęca czytelnika aby sam przeanalizował przedstawione hipotezy, dzięki czemu zachowuje cenioną przez nas bezstronność dziennikarską.

 

Podsumowanie i ocena*: 5 

  • kryterium prawdy: 1/1
  • kryterium obiektywizmu: 1/1
  • kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1
  • kryterium szacunku i tolerancji: 1
  • kryterium zasadności tytułu: 1/1

 

Andrzej Stankiewicz o wynikach wyborów do Senatu

Andrzej Stankiewicz o wynikach wyborów do Senatu

Andrzej Stankiewicz, „Czy obóz władzy ma rację, skarżąc wyniki do Senatu? Sprawdzamy zarzuty polityków PiS”, onet.pl z 22.10.2019 r.

 

Emocje związane z ostatnimi wyborami parlamentarnymi zdają się już powoli opadać i choć od ogłoszenia wyników mijają właśnie dwa tygodnie to wciąż trwa ożywiona dyskusja wokół wyborów do Senatu. Wszystko za sprawą skargi złożonej do Sądu Najwyższego, w której PiS wnioskuje o ponowne przeliczenia głosów w sześciu okręgach. Z jednej strony można w tym temacie usłyszeć „PiS chce wziąć Senat siłą!”, a z drugiej „Sfałszowane wybory! Będzie ponowne przeliczanie głosów”. Udało nam się jednak znaleźć w tym zgiełku głos dostrzegający różne wymiary tego problemu. Chcemy wyróżnić artykuł Andrzeja Stankiewicza z kilku powodów.

Po pierwsze (i najważniejsze), autor nie zajmuje stanowiska w opisywanej sprawie. Dziennikarz przedstawia temat w oparciu o fakty, zachowując opinie na dla siebie. Aby uniknąć nieścisłości przy parafrazowaniu słów, wprost przytacza cytaty ze wspomnianego wniosku złożonego przez PiS.

Dlatego też PiS domaga się ponownego przeliczenia głosów w Katowicach (okręg nr 75), Koszalinie (nr 100), Grudziądzu (nr 12) i trzech okręgach w Wielkopolsce (nr 92, 95 i 96). PiS złożyło skargę w tej sprawie do Sądu Najwyższego.

 

„Ustalenie, iż część głosów zostało nieprawidłowo uznanych za nieważne, zaś w rzeczywistości powinny być one uznane jako głosy poparcia dla kandydata KW Prawo i Sprawiedliwość decyduje o tym, że najwięcej głosów uzyskał kandydat KW Prawo i Sprawiedliwość” — napisał we wniosku szef Komitetu Wykonawczego PiS Krzysztof Sobolewski.

Po drugie, dziennikarz nie tylko opisuje ostatnie wydarzenia, ale podejmuje decyzje aby zweryfikować twierdzenia PiS-u, że podczas wyborów w sześciu wymienionych wyżej okręgach senackich padło zaskakująco dużo głosów nieważnych. Wymaga to dokonania odpowiedniej analizy wyników w poszczególnych okręgach i ich porównania jej rezultatów. Ponadto, praca dziennikarska Stankiewicza zasługuje na uznanie, gdyż nie poprzestaje na tym i sprawdza również tezę PiS-u, zgodnie z którą wiele kart w ww. okręgach zostało uznanych za nieważne z powodu dwóch krzyżyków postawionych przy różnych nazwiskach. Autor posługuje się konkretnymi danymi i w logiczny sposób formułuje wynikające z nich wnioski.

Onet postanowił sprawdzić sytuację we wszystkich wspomnianych okręgach. Okazało się, że zaskarżone przez PiS okręgi wcale nie są wyjątkowe, jeśli chodzi o odsetek głosów nieważnych. W skali kraju średnia nieważnych głosów to 2,53 proc. W tej sytuacji wskaźnik ten w Koszalinie (2,44 proc.) jest niższy od przeciętnej. Podobnie jest w Grudziądzu (2,08 proc.) oraz w okręgu nr 92 w Wielkopolsce (1,63 proc).

 

W Katowicach — 34 proc. to podwójne krzyżyki, zaś puste karty — 65 proc. W Koszalinie — 23 proc. wobec 77 proc. W Grudziądzu 28 proc. do 72 proc. We wszystkich zaskarżonych wielkopolskich okręgach jest podobnie. W okręgu nr 92 — 27,6 proc. do 72,4 proc. W okręgu 95 — 23,65 proc. do 76,35 proc. Zaś w okręgu 96 — 27 proc. do 73 proc.

Po trzecie, pozornie skomplikowane statystyki, wyliczenia i analizy punktów procentowych są przedstawione w sposób przejrzysty, a co ważniejszejsze – przystępny i zrozumiały dla przeciętnego odbiorcy. To bardzo ważne ze względu na przekaz, który, mimo, że nie został bezpośrednio sformułowany, płynie z danego artykułu. Autor opierając się wyłącznie na danych statystycznych krok po kroku wykazuje fałszywość twierdzeń, które PiS zawarł we wniosku do Sądu Najwyższego. Przeprowadza symulację sytuacji, w której głosy nieważne są zaliczone na poczet partii rządzącej i udowadnia, że jedynie w jednym okręgu zmieniłoby to wynik wyborów.

Z kolei w okręgu nr 96 zwyciężył Janusz Pęcherz z Koalicji Obywatelskiej. Dostał 72 579 głosów, podczas gdy jego konkurent z PiS Andrzej Wojtyła — 70 993. Głosów z krzyżykami było 1481. Gdyby je wszystkie zaliczyć Wojtyle, miałby ich 72 474, czyli wciąż ponad 100 mniej od kandydata KO.

Jedynym niedociągnięciem, które można zarzucić autorowi to brak wskazania źródła danych, które zostały przedstawione w artykule. Z jednej strony może się wydawać oczywiste, że pochodzą one z publikacji Państwowej Komisji Wyborczej, natomiast dobra praktyka dziennikarska wymaga wskazania źródeł. 

Podsumowując

kryterium prawdy: 0,8/1

kryterium obiektywizmu: 1/1

kryterium oddzielenia informacji od komentarza: 1/1

kryterium szacunku i tolerancji: 1/1

kryterium zasadności tytułu: 1/1

W sumie: 4,8/ 5 Gratulujemy tak wysokiego wyniku!